Erta Ale – piekło na Ziemi

Całodzienna Adventure Danakil Ride jest przedsmakiem kolejnego puntu MUST SEE Kotliny Danakilskiej. TUTAJ sprawdzisz jak było.

Już nie piachy a pofałdowane masy lawy wulkanicznej stanowiły niełatwy grunt do jazdy tym bardziej, że było już ciemno. Jedynie gwiazdy i księżyc dawały lekką, jasną poświatę, na pewno nie wystarczającą do komfortowego przejechania tego krótkiego, ale wydawałoby się ciągnącego wieczność odcinka.

Dotarliśmy do wioski Dodom. Na wjeździe przywitała nas kukła ubrana w wojskowy strój.

Podczas naszej podróży pierwszy raz spotkałam się z tak dużym skupiskiem ludzi w jednym miejscu.Było ich dużo więcej nić w Lalibeli, będącej najczęściej odwiedzanym miejscem w Etiopii. Wśród gęsto zaparkowanych aut wybudowano okrągłe chaty z kamienia lawowego, którego tam jest pod dostatkiem. Każdy element został tak ustawiony, aby naturalny ruch powietrza mógł chłodzić i wentylować wnętrze pomieszczenia. Dach to również ciekawa konstrukcja: na luźno ułożone kije i gałęzie rzucono grubą folię chroniącą przed ewentualnym deszczem.

Po kolacji, ok. godz. 21.30, ruszyliśmy zdobywać wulkan. Nasze bagaże zasadnicze zostały schowane w autach a plecaki ze śpiworami (planowaliśmy nocleg na krawędzi kaldery w podobnych szałasach) wraz z odpowiednimi zapasami wody zamontowaliśmy na grzbietach towarzyszących nam wielbłądów.

Wspinaczka na Erta Ale nie była bardzo wymagająca. Właściwie miałam wrażenie, że idzie się cały czas po płaskim bez jakiegokolwiek nachylenia. Tylko ostatni odcinek okazał się trochę bardziej uciążliwy, ale samo podchodzenie nie było problemem. Jedynie trzeba było uważać, jak chodzić. Podobnie jak podczas dojazdu auta, tak my teraz musieliśmy uważać, aby nie poranić sobie nóg o wystające, ostre fragmenty lawy.

Noc była piękna. Na niebie świeciły gwiazdy, a księżyc przygotowywał się do pełni. Dla mnie było na tyle jasno, że nie potrzebowałam lampki czołówki podczas podejścia na szczyt.

Erta Ale – brama do piekła

Erta Ale w języku amharskim (oficjalnym w Etiopii) znaczy „Góra Dymu”, a w języku lokalnego ludu „Brama do Piekła”. Jest niewysokim wulkanem tarczowym mierzącym 613 m n.p.m. i podstawie o szerokości 50 km! Na szczycie w jednej z dwóch jego kalder bulgocze lawa jak zupa pomidorowa! Takich wybryków natury  (a już o kilku wcześniej zdążyłam napisać) na świecie jest tylko kilka. Prowadzone tutaj badania wskazują, że od 1906 roku wnętrze wulkanu cały czas grzmi i przypomina o sobie. Tym samym jest to najdłużej istniejące jezioro lawowe na świecie.

Ostatnia erupcja miała miejsce w 2008 roku. Zagrożenie dla ludzi było tak duże, że tysiące musiało być ewakuowanych. Jednak największą zapamiętaną erupcję zarejestrowano w 2005 roku. Na szczęście nikt nie zginął, ale lawa zabiła blisko 300 zwierząt afarskich pasterzy.

Jak już wcześniej zdążyłam nadmienić (TUTAJ i TUTAJ) zamieszkujący region Afarowie nie należą do ludów szczególne życzliwych. W 2012 roku porwali grupę pięciu 5 turystów-naukowców: dwóch zabili a trzech wypuścili wycieńczonych dopiero po trzech miesiącach.

Wulkan nie jest dobrze poznany przez specjalistów. Leży w najmniej przyjaznym miejscu w Etiopii pod względem warunków klimatycznych i geograficznych. Są i tacy, którzy uważają, że to najtrudniejsze do przetrwania miejsce na świecie.

Pokonanie ok 13 km odcinka w jedną stronę zajęło 3,5h. Im bliżej podchodziłam do czerwonej łuny kipiącej lawy na szczycie, tym łatwiej zapominałam o zmęczeniu porą i wyczerpującą podróżą za dnia. Nawet intensywniejszy zapach piekiełka, czyli siarkowodoru, przestawał przeszkadzać.

Gdy już dotarłam na szczyt, od razu zaczęłam szukać najlepszego punktu widokowego. Podczas mojej wizyty informowano nas o wysokim stopniu zagrożenia erupcją (ale nie na tyle wysokim, by zabronić nam wejścia). Z tego powodu nie mogliśmy podchodzić zbyt blisko samego jeziora lawowego, ale panorama i tak była obłędna!

W oddali w kalderze tańczy lawa jak bulgocząca zupa pomidorowa, raz drobniutkimi drobinkami, raz ogromnymi bąblami , które opadając podnoszą kolejne czerwone kule. Wulkan jest na tyle aktywny, że nadmiar ognistej substancji wylewa się z krateru i spływa po jej ścianie. Jest gęsta i porusza się powoli.

Co jakiś czas słychać też syczenie. Z wnętrza oprócz lawy wyrzucane są także gazy wulkaniczne. Jest to głównie para wodna, która zawiera m.in dwutlenek węgla, wodór, chlorowodór, metan, siarkowodór czy amoniak. Część z nich jest niebezpieczna dla zdrowia, jak np. dwutlenek węgla, który jest cięższy od powietrza. Gromadząc się na niższych terenach, czasami może doprowadzić do śmierci ludzi i zwierząt. Teraz już zrozumiałam, skąd ta widziana wcześniej czerwona poświata: to lawa skacząca w powietrzu i gazy wulkaniczne razem wzięte. Całość tworzy zapierający cech w piersiach obrazek.

Kiedy już nacieszyłam swoje oczy tym widokiem, dopadło mnie zmęczenie po bardzo aktywnym dniu. Towarzyszący nam kierowca, kiedy tylko dorwał swój materac padł jak dziecko, nie wchodząc nawet do szałasu. Pomyślałam: ja będę następna. Znalazłam swoją chatę z kamienia wulkanicznego, rozłożyłam śpiwór i w „opakowaniu” nie mając siły czegokolwiek zdjąć, natychmiast zasnęła. Żałuję jedynie, że zabrakło mi jeszcze odrobinę energii na krótką obserwację z samego domku. Był zlokalizowany chyba najlepiej ze wszystkich – na wprost teatru ufundowanego przez naturę.

O poranku

Sen był krótki, ale bardzo intensywny. Obudził mnie głos mojej towarzyszki podróży Moniki, która tuż przed grupowym ruszeniem na wulkan zdecydowała, że nie idzie. Zrezygnowała nawet ze swojego zamówionego wielbłąda mającego za zadanie pomóc jej we wspinaczce (naszą Monikę skutecznie trzymała choroba od samego początku wycieczki do Etiopii). Zatem skąd ona się tam wzięła? Otóż słuchając naszych ochów i achów podczas kolacji, walczyła jeszcze sama ze sobą i swoim zdrowiem. Kiedy tylko zobaczyła, że ruszamy, nie mówiąc już nikomu czmychnęła do jednego z naszych kierowców mówiąc: „Dawać mi tu mojego wielbłąda! Raz kozie śmierć!”. I z ponad godzinnym opóźnieniem wyruszyła z obozu. Żeby było lepiej, ta dojrzała, pełna energii, uroku osobistego i wdzięku, ale również umęczona przez przeciągającą się chorobę kobieta, nie wjechała na wielbłądzie tylko WESZŁA o swoich siłach, bo cyt. „cholera, tyłek mnie bolał na tym kanciastym grzbiecie”. Nie wyobrażacie sobie, jakie było nas wszystkich zaskoczenie, kiedy zobaczyliśmy ją rano na szczycie wulkanu uśmiechniętą i szczęśliwą ze swojego wyczynu. PS. Pamiętam, że przed snem udałam się w ustronne miejsce za potrzebą. Widziałam maleńką latareczkę w oddali, która zbliżała się w moją stronę. Zastanawiała się, kto to może być? Przecież szłam jako ostatnia trzymając tyłów. Tylko przez chwilę pomyślałam, że może to Monika, ale moje wręcz kosmiczne zmęczenie szybko odrzuciło to prawdopodobieństwo. Moniko! Jeśli to czytasz, wielkie brawa i pokłony w Twoją stronę!

Zejście ze szczytu rozpoczęliśmy ok 7:30 (planowaliśmy nieco wcześniej, ale nikt nie miał siły wstać na czas, a ja sumienia budzić kierowcę, przed którym kolejne godziny wyczerpującej jazdy). Słońce było już wysoko, a temperatura powietrza uciążliwa: 38’C! Opuściliśmy nasze wulkaniczne szałasy. Dopiero teraz mogliśmy podziwiać prawdziwie księżycowy krajobraz rozciągający się po bezkres horyzontu. Było dokładnie widać, jak spływała lawa, jakie przeszkody pokonywała na swojej drodze, jej gęstość i ostateczne formacje, które tworzyła.

Podobnie jak na Dalol, krajobraz udowadnia, że Etiopczycy nie potrafią jeszcze szanować swojego naturalnego bogactwa dającego im i turystów i pracę i pieniądze. Wszędzie, gdzie okiem sięgnąć były porozrzucane plastikowe butelki poupychane w lawowych jamkach i wnękach. Mam wątpliwości, ale oczywiście mogę się mylić, że była to robota turystów. Niestety kilkakrotnie widziałam, jak lokalni przewodnicy, a także towarzyszące nam wojsko od tak za siebie, w bok czy kopniakiem gdzie popadnie pozbywali się pustego pojemnika. Smutne to, ale niestety minie jeszcze dużo czasu, aż pewne podstawy zaczną do nich docierać i zaczną wcielać je w życie.

W ciągu 4 godzin z powrotem dotarliśmy do naszych aut i kucharza, który wyczarował coś smacznego w tak prymitywnych warunkach. Kiedy część osób jadła (bo nie wszyscy zdecydowali się zdobywać szczyt wulkanu), ktoś dochodził z wędrówki (każdy maszerował we własnym tempie), ktoś inny się mył korzystając z serdeczności kompanów podróży. Docierając do wioski Dodom marzyłam chociaż o oblania ciała wodą. Po ponad dobie podróży w ciężkich warunkach i wysiłku fizycznym ciało przestało być „towarzyskie”, a pod paznokciami tykała bomba biologiczna. Na pomoc przyszedł mi kierowca Goksa, który tak mnie zlał wodą, że gdy wyschły mi spodenki, ukazały się białe stróżki soli zmyte z ciała. HARD CORE!

Po pewnym czasie dotarła również Monika, którą przywitaliśmy brawami na stojąco. Jako najstarsza osoba w grupie i choróbskiem na karku dokonała czegoś naprawdę niesamowitego.

Po spakowaniu aut ruszyliśmy do ostatniej atrakcji na trasie naszej podróży po Danakilu – Jezioro Afdera (TUTAJ)

Całą relację z Danakilu znajdziesz TUTAJ!


Jeśli Ci się podoba, zostaw komentarz, lajka albo udostępnij! Będzie mi bardzo miło z tego powodu

Zapisz się do mojego newslettera! Skoro tutaj jesteś, to coś musiało Ciebie zainteresować, zatem bądźmy w kontakcie! Możesz to zrobić używając poniższego formularza. Będę Ciebie informować o nowych postach, konkursach oraz spotkaniach!

Facebook Comments
  • Ola

    Super wyprawa!!! Podziwiam nie tylko za samo wejście na wulkan, ale też za to, że w ogóle nie czuliście żadnego strachu, ba! Nawet nocowaliście w pobliżu… Oj, ja to bym nie weszła, bałabym się potwornie, że coś się stanie :))

ovh