fbpx Skip to main content

Nie spodziewałam się, że temat Konga wróci do mnie tak gęsto w ostatnim czasie. Zresztą z tym kierunkiem wiąże się poniekąd początek mojej przygody z podróżowaniem pełnoskalowym i w ogóle do Afryki.

Jak to się zaczęło?

W 2009 roku (robiąc long story short) dostałam spontaniczną propozychę wyjazdu do Burundi, Ugandy, Rwandy i Demokratycznej Republiki Kongo. 14 lat temu kraje te były dla większości z nas terrą incognitą: nawet wydarzenia ludobójstwa z lat ’90 w Rwandzie nie nauczyło polskie programy newsowe interesowania się i pokazywania czegoś więcej niż okolic naszego domowego ogródka. Sama przyznaję, że wiedzę o regionie miałam ograniczoną: na tamten moment moim zadaniem było przyglądanie się pracy pilota (przygotowywałam się do zawodu).

Wspomnianej podróży nie zapomnę do końca życia z wielu powodów. Otóż i kiedyś i teraz decyzję o podróży do takiego kraju podejmują osoby, które naprawdę były już w wielu miejscach i zapełniają białe plany na mapie świata. Ja byłam totalnym naturszczykiem, który za sobą miał Egipt oraz Tunezję i chwilę wcześniej wrócił z kontraktu z Chin.

Mówię o tym, ponieważ to podróż dla mnie przełomowa: spełnienie marzenia o zobaczeniu tzw. Czarnej Afryki, do której pojechałam na bardzo preferencyjnych warunkach finansowych. To podróż pełna zachwytów i uważności nad najmniejszą rzeczą, którą mijałam: zaskoczenie nad odcieniami zieleni lasu deszczowego, w którym szukałam szympansów i goryli. Nawet ja dla moich towarzyszy podróży stałam się zadziwieniem zatrzymując się przy miejscach będących dla nich czymś naturalnym i normalnym po wielu latach podróżniczego doświadczenia.

Tutaj dostałam także pierwszą bardzo mocną lekcję odpowiedzialnego podróżowania (wielokrotnie ją przywoływałam TYCH artykułach o etyce podróżnika).

Przyznaję, że wielu rzeczy z kontekstu konfliktów regionalnych w tamtym czasie nie rozumiałam (na przygotowanie nie miałam czasu z racji bardzo dynamicznych okoliczności podjęcia decyzji o wyjeździe): porannych strzałów z karabinów przy polskiej misji zamiast koguciego piania czy sześcioosobowej, uzbrojonej obstawy dla trzech turystów udających się do Parku Narodowego Wirunga na poszukiwanie goryli górskich.

Demokratyczna Republika Konga - Kongo

Fotografia z 2009 roku – Goma/okolice PN Wirunga

Układanka

Wszystko zaczęło się bardziej kleić zaraz po powrocie. Odbywał się wówczas festiwal HumanDocs. Tam trafiłam na film „Krew w twoim telefonie” opowiadający o pewnym dziennikarzu chcącym się upewnić, czy firma produkująca telefony, szczycąca się pozyskiwaniem surowców do ich produkcji z legalnych źródeł, niewspierająca wojen w regionie i niewykorzystująca dzieci, rzeczywiście tak robi. Chciał się dowiedzieć, skąd biorą koltan, jeśli nie z Kongo, gdzie znajduje się 75% światowych pokładów. Nie będę spojlerować, ale film pokazuje układ naczyń połączonych wielkiego biznesu, w którym uczestniczy biznes prywatny, państwowy oraz organizacje pomocowe.

Po obejrzeniu tego filmu już wiedziałam, kto do kogo i dlaczego strzelał o świcie przy polskiej misji w Kongo i dlaczego polski ksiądz tak bardzo cieszył się z opancerzonego Land Cruisera, które nie raz uratowało mu życie.

Jeśli przyszło mi spełnić marzenie o podróży do Afryki w tak absolutnie unikatowym regionie to chcąc nie chcąc myśli tam wracały by więcej się dowiedzieć: interesowałam się Kongo, przygotowałam prezentację na studiach o ludobójstwie w Rwandzie, która położyła na łopatki nie tylko kolegów i koleżanki z roku, ale także wykładowczynię.

Później wielokrotnie wracałam do krajów sąsiadujących: Kenii, Etiopii, Sudanu itd. oraz badałam sobie temat, dlaczego światu opłaca się bieda Afryki.

Kiedy w 2023 roku pojawiła się szansa powrotu do Konga oczy mi się zaświeciły. Miałam świadomość mówiąc, że podróż do Konga to podróż level expert to właściwie nic nie powiedzieć. Śledziłam informacje w mediach i nic nie wskazywało na to, że dzieje się tam lepiej niż podczas mojej ostatniej podróży. Wręcz przeciwnie.

Te dwa dni października 2023 były jednymi z najcięższych w moim wieloletnim doświadczeniu zawodowym pilota wycieczek. Goma, chociaż słoneczna to jest bardzo ponurym, zepsutym i niebezpieczny miejscem.

Intro

Biały człowiek decydujący się na przekroczenie granicy Kongo dla miejscowych to: albo pracownik NGO (Goma to wciąż powiększające się miast o kolejne GIGANTYCZNE namiotowe, a właściwie zrobione z kijów i worków obozy dla uchodźców uciekających ze swoich rodzimych stron, chroniąc się przed dziesiątkami grup rebelianckich palących wioski, kradnących płody rolne i zabijający ludzi bez mrugnięcia oka), albo żołnierze misji strzegący pokoju (najemnicy również), albo biznesmeni wzbogacający się na handlu diamentami, złotem lub minerałami rzadkimi, albo turyści, chociaż ich jest garstka. Wszystkich Białych łączy jedno: pieniądze i krzywda, a właściwie powinno się te kwestie zapisać odwrotnie.

Z pełną świadomością mogę stwierdzić, że Kongo jest najbardziej skrzywdzonym krajem na kontynencie afrykańskim, w którym jeszcze rany się nie zabliźniły, a co więcej, strupy są non stop zrywane. Brutalny kolonializm (o tym można by było  stworzyć osobny, przerażający materiał) przez dziesięciolecia wrył w mentalności Kongijczyków, że Biały człowiek przynosi cierpienie. Teraz czerpiąc zyski z tajemnego handlu surowcami rozwinęły się lokalne grupy przestępcze. One również stosując przemoc, zatrudniają swoich pobratymców w prowizorycznych kopalniach, nie przejmując się ich życiem. Ludzie żyjący w ubóstwie chwytają się każdej możliwości, żeby przetrwać. Jednym z elementów tego łańcucha są biali przyjeżdżający do kraju z pieniędzmi. W tym olbrzymim, źle zarządzanym i trudnym do kontroli krajem (prezydent zdecydował się zatrudnić prywatnych żołnierzy spoza kraju, gdyż nie był w stanie w całym kraju kontrolować swojej armii) wszyscy kombinują, by coś zarobić. Doprowadziło to do niewyobrażalnej skali korupcji na każdym, nawet najniższym szczeblu. Tu korupcja jest w powietrzu, jest stałym jej elementem, którym się oddycha, potem krąży w organizmie i go truje, a przy okazji truje cały twór, którym jest państwo i wszystkie jego części.

Ta szalona i dramatyczna sytuacja jest jeszcze potęgowana trwającym od dekad sporem na granicy Kongo i Rwandy, mająca niebagatelny wpływ na psychikę ludzi: kolejne pokolenie nie wie, jak to jest żyć w pokoju, kolejne pokolenie pragnie lepszego życia i widzi, rozglądając się dookoła, że jedynym sposobem na przetrwanie jest również przemoc i kombinowanie. I tak koło się zatacza.

Granica

Towarzysząca mi ekscytacja już na granicy momentalnie przekształciła się w stałe napięcie w ciele, będące moją codziennością przez kolejne dni. Sama obecność grupy Europejczyków wzbudza potężne zainteresowanie wszystkich miejscowych. Bez znaczenia jest obecność lokalnego fiksera, który otrzymał potężną sumę dolarów na wszelkie formalne i nieformalne usługi, miejscowi za wszelki drobny gest oczekują jeszcze dodatkowej opłaty bezpośrednio od każdego z nas, sprawdzając, na ile sobie mogą pozwolić. Dzierżąc garść papierów w ręku właściwie nigdy nie wiesz, czy jakiś umundurowany czy miotłowy nie wymyśli kolejnego „niezbędnego” do przejścia przez bramkę. Ostatecznie wszystko ma swoją cenę.

Rzeka spojrzeń

Mimo, że ostatnia podróż do Konga była równo 13 lat wcześniej, w mojej głowie żyły obrazy z tamtych czasów. Wyszukuję na horyzoncie wulkanu Nyragongo – jednym z moich marzeń jest wdrapanie się na jego szczyt. Nie tym razem – ostatnia erupcja oraz wzmożona aktywność spowodowała czasowe zamknięcie szlaku. Na jak długo trudno powiedzieć. Kontrola jego aktywności wymaga nakładów finansowych, a to nie jest najbardziej palący temat.

Nyragongo chociaż sieje spustoszenie to nie wzbudza przerażenia z powodu wzrastającej jego aktywności w ostatnich latach. Ludzie, którzy z powodu przepływającej lawy stracili i tak niewielki dobytek, wracają w to samo miejsce budując swoje życie ponownie, bo nie mają wyjścia. Zdecydowana większość z nich to uchodźcy wewnętrzni (w całym kraju aż 6mln!), którzy wybierając Gomę mogą liczyć chociaż na śladową pomoc organizacji humanitarnych.

Na ulicach przemieszcza się nieprawdopodobna rzeka ludzi na skuterach, rowerach lub czukudu (hulajnogi w rozmiarze XXL, służące do przewożenia ludzi, zwierząt oraz towarów). Gdzieniegdzie przeprowadzane są kozy i krowy na targ żywca i wychudzone psy plączące się między nogami. Niewiele jest aut, a te widoczne Land Cruisery należą przede wszystkim do wojska lub różnych NGO. Samochody, w tym nasz minibus przyciąga spojrzenia. Takiego wzroku nie spotkałam jeszcze nigdzie: nic nie mówi, a jest jednocześnie mówi, że jest gotowy na wszystko. To wzbudza we mnie największy niepokój.

Ale żeby nie było, że opowiadam o Goma jedynie z perspektywy puszki zamkniętego auta. Z racji ostatniej aktywności wulkanu Nyragongo (góruje nad miastem i nie da się go nie zauważyć) ruszyłam z grupą w teren z widocznymi śladami erupcji. To nie tylko był moment na moje opowiastki geologiczno-wulkanologicznczne, ale i kontakt z miejscowymi. Przy skorupach czarnych kamieni przypominającymi pumeks zebrały się kobiety w różnym wieku i dzieci. Wśród nich przepiękna brunatna twarz z wielkimi oczami, od której z całą grupą nie mogliśmy oderwać wzroku. Zapytałam, czy możemy chwilkę porozmawiać. Wśród pytań, które lubię zadawać i wiem, że potrafią rozpuścić dystans, jest to o marzenia. Usłyszeliśmy właściwie od wszystkich, bez względu na wiek potrzebę i marzenie o komforcie edukacji, jako szansie na lepsze życie (w obozach są prowizoryczne szkoły, ale często albo niewystarczające, albo finansowo niedostępne, albo pada decyzja rodzica by zamiast szkoły dla najmłodszych szukały możliwości zarobkowania).

Chociaż spotkanie przebiegało w bardzo otwartej atmosferze, zakończyło się traumatycznie. Widząc wielkie potrzeby i biedę grupa, którą się opiekowałam zaproponowała zostawić jeden z dużych worków ryżu wcześniej zakupionego i przeznaczonego dla jednej pracującej tam zaufanej fundacji. Z doświadczenia wiem, że jeśli już mam decydować się na taki ruch, to przekazuję dary albo zorganizowanym fundacjom albo kobietom – one w pierwszej kolejności myślą o dobru rodziny i dzieci, a nie przehandlowaniu na alkohol czy broń. Sytuacja jednak wymknęła się spod kontroli – nie wiadomo skąd pojawili się mężczyźni wynoszący podarowany ryż. Mimo że oferowali pomoc w przenoszeniu worka, kobiety wiedziały, że go ostatecznie nie zobaczą. Na szczęście sprawnie udało się znaleźć wolną chatę, gdzie pakowały go spokojnie w fartuchy lub fałdy swoich długich sukienek.

W międzyczasie strumień pieniędzy z turystycznej kieszeni popłynął ponownie, co doprowadziło do scen katastroficznych. Jeden z uczestników zakupił jeszcze kilkanaście kubeczków z sokami pakowanymi przemysłowo. Gdy dzieciaki to zobaczyły, podbiegły, ile sił w bosych nogach po ostrej pokruszonej lawie, by wyrwać zdobyć. Do tego zamieszania dołączyli podchmieleni młodzieńcy zabierając po kilka sztuk i uciekali. Atmosfera zrobiła się naprawdę gęsta i zarządziłam odwrót do aut i wyjazd.

Na pomoc

Już wiele lat temu przekonałam się na własnej skórze, że pomaganie w Afryce to piekielnie trudne zadanie. Z trzech osób, do których wyciągnęłam rękę długoterminowo, tylko jedna zrobiła z tego pożytek i zmieniła swoje życie. Nawet organizacje pomocowe mierzą się z wieloma trudnościami, ale i pokusami, które opisała Linda Polman w swojej znakomitej książce „Karawana kryzysu. Za kulisami przemysłu pomocy humanitarnej”

Śmiem rzecz, że ludzie w Goma są w stanie jakoś funkcjonować właśnie dzięki wsparciu z zewnątrz. Miasto jest wielkie i rozległe, pola zamienione w obozowiska. Przy ulicach kwitnie handel towarami zdobytymi wielkim wysiłkiem. Jeśli nie ściągasz towarów od Chińczyków, Hindusów lub z krajów sąsiednich to sprzedajesz to, co otrzymałeś od organizacji pomocowych. Zawsze wówczas jest to decyzja, czy to, co masz możesz sprzedać lub wymienić na dobro innej potrzeby, równie podstawowej.

Znając sytuację na miejscu, w planie mieliśmy odwiedzić sprawdzoną z poprzednich lat fundację. Mimo, iż przewodnik wiedział, o którą chodzi zaprowadził nas z całymi naszymi zakupami do zaprzyjaźnionego czegoś na kształt domu kultury dla porzuconych dzieci, które ucząc się tańca i rapowania zdobywały pieniądze na przetrwanie oraz edukację.

Nie neguję słuszności inicjatywy, jednak podczas tej wizyty pojawiło mi się pierwsze czerwone światło w głowie. Nasz przewodnik przywitany został jak wielki przyjaciel z tortem urodzinowym. Ponadto ten dwudziestokilkuletni chłopak o olbrzymich ambicjach youtuberskich nagrywał przy nas swój content na SoMe. Generalnie nie mieliśmy z tym problemu, ale w kontekście całej tej sytuacji czuliśmy się jak dojne krowy, które dają się poprowadzić jak chcą, bo są w kraju podniesionego ryzyka. Całe zakupy zostawiliśmy: kilkadziesiąt kilogramów ryżu, fasoli, pomidorów, mięsa. Oczywiście była to miła wizyta, jednak gdy zapytałam, dlaczego nie pojechaliśmy w umówione miejsce stwierdził, że „co to za różnica”.

Pod moim naciskiem, kolejnego dnia pojechaliśmy do obozu dla uchodźców. Bardzo chcieliśmy się dowiedzieć, jak funkcjonują, czego potrzebują, jakie widzą perspektywy dla swojego kraju.

Mężczyzna i dwie kobiety w bardzo eleganckim ubraniu, białych koszulach i wypastowanych butach przyjęli nas w namiocie „kancelaryjnym”, odpowiadającym za funkcjonowanie obozowiska dla 24 tysięcy osób, powstałego raptem 12 miesięcy temu. Jedno zdanie, które usłyszałam zapamiętam na długo: mam 52 lata i nie pamiętam jako dorosły człowiek czasów pokoju, nie wiem, jak to jest nie czuć strachu. Przedstawiali nam bardzo poruszające historie o wewnętrznej potrzebie wsparcia swoich braci i sióstr przybywających z północnych regionów, lecz nie mogliśmy też przestać odnosić wrażenia, że to właśnie ci zarządcy ludzie mają największe profity z działalności pomocowej.

Naszemu okołoprzyrodniczemu zwiedzanie zawsze towarzyszyły liczne dyskusje i rozważania, z których często wyłaniała się beznadziejność tej sytuacji, braku podstawowego poczucia bezpieczeństwa, wielopoziomowego zatrucia sytemu i wielopokoleniowe ztraumatyzowanie ludzi. Zmęczeni ciągłym napięciem wiszącym w powietrzu odechciało nam się zwiedzania. Każdy postój to było szukanie okazji przez przewodnika, abyśmy włożyli ręce do kieszeni po kolejne banknoty i przekazali je osobom, z którymi on jest jakoś powiązany. Zamiast znaleźć spokojne miejsce postoju, gdzie poczekamy na otwarcie sklepu z tkaninami (zabrał nas do swojego wujka krawca, bez jakiejkolwiek ekspozycji i był zdziwiony, że szyć nie chcemy), zatrzymaliśmy się w jego międzynarodowej szkole, do której nas wcześniej namawiał do odwiedzin, lecz odmawialiśmy. Wyszła dyrektorka, która oprowadzając po wielkim boisku sportowym opowiadała, co jeszcze by się im przydało. To przelało czarę goryczy i rozpoczęła się batalia z naszym prowadzącym.

Te dwa dni pracy były potwornie obciążające. Odetchnęliśmy z niewyobrażalną ulgą przekraczając granicę i wchodząc na terytorium Rwandy. Niespełna kilkanaście godzin później dostałam wiadomość od przewodnika, jakoby jesteśmy rasistami a on mnie nauczy, jak pracować w Afryce, gdyż nie wiem jak traktować ludzi. Przyznaję, zamurowało mnie i wszystkich, którzy uczestniczyli w podróży i hojnie traktowali Kongijczyków.

Zraniona nastolatka

Raptem kilka dni temu spotkałam się ze znajomym negocjatorem z ramienia Państwa Polskiego, który Afrykę i Kongo zna doskonale. Opowiedziałam mu o powyższej sytuacji i powiedział mi zdanie, które celnie określa stan Kongijczyków i często Afrykańczyków:

“Afrykańczycy zachowują się jak nastolatka skrzywdzona w dzieciństwie”.

Oznacza to tyle, że pewne rzeczy, które dla innych wydają się naturalne, w krajach afrykańskich triggerują traumę z przeszłości i reakcja dla nas może być nieoczekiwana. A Kongo to według mnie najbardziej skrzywdzony kraj w Afryce.

Przykład: nasze stawianie oporu i odwrót przy wizycie w szkole przewodnika w poczuciu kolejnego wykorzystania.

Chociaż to nie my Polacy, a Belgowie odpowiadają za brutalizm kolonii, nie my zajmujemy kopanie, to na nas, zmęczonych dojeniem i w momencie postawienia granicy wylewa się wiadro pomyj.

Co wiemy a czego nie wiemy o Kongo?

Właściwie więcej nie wiemy niż wiemy o Kongo. Światowym koncernom, które pozyskują potrzebne surowce i handlarzom diamentami nie jest na rękę rozdmuchiwanie i naświetlanie procederów, jakie mają tam miejsce. Są jednak odważni, by tam jechać (mówię o Goma, gdzie ma miejsce jeden z największych i najdłużej trwających kryzysów w Afryce) i relacjonować swoje spotkania z typami spod ciemnej gwiazdy.

Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej, podrzucę Ci kilka propozycji:

– film „Ambasador”  – duński film dokumentalny stworzony przez komika, który kupuje lewe dokumenty ambasadora i zaznajamia się z możliwością handlu diamentami z wysoko postawionymi oficjelami na miejscu. Tragikomizm i dokument w jednym, mieszający cały wachlarz emocji.

– film „Krew w twoim telefonie” –  dokument Franka Piaseckiego Poulsena z 2010 roku o wydobyciu minerałów z Konga. Ufając obietnicom swojego ulubionego producenta telefonów, próbuje się dowiedzieć, skąd brany jest do ich produkcji koltan

– film „Wirunga” na Netflix

– prezentacja podróżnicza Bartka Sabeli „Jądro chciwości”

książka „Krwawy kobalt. O tym, jak krew Kongijczyków zasila naszą codzienność” Siddharth Kara

Polska a Kongo

Do niedawna prawdopodobnie większości z nas nie wpadłoby do głowy, że Kongijczycy wyjdą na ulice i będą palić opony z nienawiści do Polaków. Wszystko za sprawą ostatniej wizyty naszego Prezydenta Andrzeja Dudy, który odwiedzając ostatnio region okazał słowne wsparcie okołomilitarne w Rwandzie, które to Kongo traktuje za wroga numer jeden.

Poskutkowało to tym, że w lutym dwie osoby zaginęły na terenie Kongo. Jedna została odnaleziona i wypuszczona, a druga, Mariusz Majewski został zatrzymany przez służby Demokratycznej Republiki Konga m.in. pod zarzutem szpiegostwa, sabotażu i próby zamachu na prezydenta. Proces był nagrany i można go zobaczyć w serwisie YouTube.

Śledząc to nagranie trudno nie mieć przekonania, że kaliber zarzutów jest wyssany z palca, a całość procesu ma charakter polityczny, której ofiarą jest podróżnik. Sprawa jednak nie jest wesoła, ponieważ Polakowi grozi tam dożywocie.

Na ten moment wydaje się, że wszystko idzie w dobrą stronę, dzięki polskiemu negocjatorowi, który udał się na miejsce i towarzyszył oskarżonemu podczas rozprawy.

EDIT: POLAK JEST W DRODZE DO POLSKI!

EDIT: POLAK JEST JUŻ W POLSCE

A i jeszcze jedno! Jeśli masz ochotę na wspólne podróżowanie to zapraszam Cię na stronę główną, gdzie znajdziesz mój aktualny kalendarz wyjazdowy 🙂 Wszystkie wspomniane tam podróże są przeze mnie prowadzone! 


Moje treści okazały się dla Ciebie pomocne, ciekawe? Kliknij i postaw mi wirtualną kawę. Dzięki temu wspierasz moją pracę na Szpilki w plecaku. Dziękuję!

SKLEP AUTORKI

Szpilki w plecaku

Author Szpilki w plecaku

More posts by Szpilki w plecaku

Leave a Reply