fbpx Skip to main content

LALIBELA

Miasto skromne. Można było odnieść wrażenie, że zbudowane zostało wzdłuż jednej ulicy, gdzie postawiono hoteliki, restauracyjki czy tukule, charakterystyczne lokalne domki. Znając siebie wiedziałam, że bez wieczornego spaceru się nie obędzie, gdyż to najlepszy sposób na bezpośredni kontakt z miejscową ludnością.

I tak przed kolacją ruszyłam w miasto

Jak zwykle natychmiast dookoła pojawiła się gromadka dzieci. Niejednokrotnie w różnych przewodnikach i książkach spotykałam się z informacją, że takie sytuacje mają miejsce. Ale mnie te otoczenie nie przeszkadzało. Przekrój moich nowych towarzyszy był różny: młodsi i starsi, chłopcy i dziewczynki, w tradycyjnych białych strojach i w ubraniach współczesnych, w butach i bez. Były dzieci pewnie w wieku przedszkolnym, oczywiście do przedszkola nie uczęszczające i lokalni lowelasi, w ciemnych okularach, kołyszący się raz w lewo raz w prawo. Dzieciaczki łapały za dłonie, dotykały moich prostych włosów. Na każde pytanie z chęcią odpowiadały.

Ich angielszczyzna była imponująca. W ciągu kilku minut poznałam całą gromadkę z imienia wraz z zainteresowaniami. Potem zaproponowały zabawę w państwa-miasta: ją podaje nazwę kraju a one stolicę i odwrotnie. Byłam zaskoczona, że dziesięcioletnie dzieci mogą już mieć taka wiedzę! Orientowali się nawet w najmniejszych państwach Europy czy Azji. Brawo! Ale o dziwo, najbardziej problematyczne okazały się kraje Afryki. Moją uwagę zwrócił chłopiec stojący tuż obok mnie. Dlaczego? Nie wiem. Nie był przeraźliwie chudy czy w obdartych ubraniach. Nie był też duszą towarzystwa. Razem ze wszystkimi bawił się w państwa-miasta. W pewnej chwili podszedł do mnie i zapytał, czy nie kupiłabym mu słownika angielsko-amharskiego, ponieważ chciałby być mądrzejszy. Moim zdaniem jest to dużo lepszy sposób pomocy niż rozdawnictwo banknotów o małych nominałach. Ponieważ wiedziałam, że gdybym poszła sama na stoisko i poprosiła o tę książkę, ekspedientka podałaby potwornie wygórowaną cenę. Nie chciałam jednak robić chłopakowi przykrości i poprosiłam go, aby sam zapytał się o koszt słownika ze wskazaniem, że jeśli jego cena będzie zbyt wysoka książki nie kupię.

Wrócił po paru chwilach. Uznałam, że chyba tak bardzo mnie nie chcą naciągnąć i poszliśmy razem na stoisko.

Chłopak ściskał słownik a dzieci dookoła chciały zobaczyć jego nowy nabytek. Wszyscy razem obejrzeliśmy zachód słońca i zostałam odprowadzona do hotelu w towarzystwie roześmianych dzieci i młodzieży. Każdemu podałam rękę i zderzyłam się przeciwnym ramieniem, jak się to tutaj czyni w geście uznania i sympatii. Kilkoro maluchów ukradkiem dało mi buziaka w policzek, co wywołało owację i śmiech. Żegnając się z obdarowany chłopakiem otrzymałam jego mały drewniany lalibelski krzyżyk na szyję.

Po powrocie do pokoju…

… zastanawiałam się, czy następnego dnia książka wróci na stoisko, pieniądze pójdą do podziału a historia o chęci kształcenia zostanie ponownie sprzedana naiwnemu turyście.

Następnego dnia wybierałam się do Aksum. Po śniadaniu, jeszcze trochę śpiąca, wsiadłam do auta i… Przed bramą hotelu czekał chłopak z książka i zeszytami, gotowy pójść na zajęcia. Wyraźnie patrzył w moim kierunku i machał ręką na pożegnanie. Biegł jeszcze chwilę za autem całując dłoń i wysyłając buziaki. Może jestem w błędzie, ale słownik był dla niego bardzo cennym i do tej pory nieosiągalnym przedmiotem.

CDN..

Czytaj dalej historie Alemu:

Powrót do Lalibeli – chłopiec od słownika

Alemu – Szansa

Alemu – ostatni rok rozpoczęty

Lalibela tukula