Rajskie wrota

Kolejny raz trafilam do moim zdaniem najpiekniejszego miejsca: jezioro Ampitabe.

Po południu zwyczajowo z grupą przeszliśmy się do rezerwacie w okolicach Palmarium, potem był czas wolny. Pierwszy raz od kilku tygodni mogla zlapac oddech i pokontemplowac przyrodę, obrazy i dźwięki, ktore docierały ze wszystkich stron: lemurów, które skacząc z galęzi na galąź uginały je, a liście szeleściły oraz lemurze kłótnie o kawałek banana ukradzionego ukradkiem z restauracji. Ukojenia tym wariactwom dawal szum rozbijających sie o brzeg olbrzymich fal Oceanu Indyjskiego oddalonego kilkaset metrow. Leżąc na hamaku w cieniu swojego bungolowa niczego wiecej mi do szczęścia nie bylo potrzebne.

Wieczór. Kolacja. Krewetki jumbo z sosem limonkowym. Palmarium rozpieszcza.

Kierownik restauracji poprosił mnie na bok.

– Ostatnio się nie udało ale może tym razem?

– Super! Co prawda to nie ocean ale zawsze cos!

Chwile zwlekalam z przekazaniem informacji. W pewnym momencie juz nie moglam wytrzymac.

– Słuchajcie! Co powiecie na ognisko na plaży przy jeziorze?

Ku mojemu zdziwieniu, grupa miala podzielone zdania. Ponieważ wiedziałam, że jest to propozycja tylko dla naszej grupy ze strony życzliwej i znającej mnie obsługi hotelu, która na pewno nas zaskoczy, staram się namówić wątpiących.

Pierwsza niespodzianka nastąpiła już zchodząc na plażę.

– No tak…. mora mora… (czyli powoli po malgasku).

Ani galęzi ani ogniska. Trzeba bedzie jeszcze poczekac.

Szybko przejełam inicjatywę. Zaprosiłam moją gromadkę na oświetlone molo. Z plecaka wyjęłam mały przemośny głośniczek i mp3-ke. Postanowiłam, że naucze ich tańczyć po afrykańsku. Ustawiliśmy się w rzędzie w pobliżu lampy i na podeście powoli pokazywalam kroki… Lewa, dostaw, ręcę w górę…. a traz małpeczki…. i hopka…. i… mamy wszystko! Raz! Dwa! Trzy! Muzyka! I ruszyliśmy. Pojętne bestie ze mną pojechały. W moment mieliśmy całą choreografię.

Ta chwila wystarczyła, aby ognisko zapłonęło na plaży u stóp kłaniających sie jezioru palm. Usiedliśmy w kręgu, słuchaliśmy trzasków wilgotnych gałęzi w ogniu.

Na horyzoncie w ciemności pojawiły się znajomne, ciemne buzie z jasnymi, białymi zębami. To przewodnik Bruno, kelnerzy i kucharz. Targali ze sobą gitary i bębny. Dołączyli do naszego kręgu i zaczęli śpiewać malgaskie ballady. Jak wiadomo, Malgasze mają muzykę we krwi. Bardzo się wczuwali, co było widać po ich grymasie na twarzy. Nie chcieliśmy być pasywni podczas tego wieczoru, zatem zaintonowaliśmy piosenki polskie. Trzeba sie przyznać, tubylcy byli zdecydowanie lepsi.

Ze spokojnej muzyki przeszliśmy w bardziej dynamiczny klimaty. A tu do tańca było tuż tuż, kolejnej znakomitości Malgaszów. Kilku tubylców, rytmicznym i dynamicznym krokiem, na ugietych nogach, troche jak koguciki poruszali się wokół ogniska. Wyglądało to troszkę komicznie, ale i zjawiskowo. Zaproszono nas do tańca i swoimi gestami namawiano nas do powtarzania. Okazało się to dość trudne. Balansując ciałem prawie na kucaka, nogi szybko ze zmęczenia odmawiały posłuszeństwa. Kolejny raz krajowcy górą.

Kurcze! Ale my przecież też potrafimy! Spytałam się, potrafią zagrać piosenkę, którą puszczałam na podeście przy jeziorze. Spojrzeli się na siebie, pogadali coś po swojemu i za chwilę brzmiała wywołana melodia. Nie trzeba było nas długo namawiać do wytańczenia kroków. I my chcieliśmy zabłysnąć w ich oczach. Stanęliśmy przy ognisku na piasku na bosaka tak, by mieć dużo miejsca i być dobrze widocznym. Lewa, dostaw, ręcę w górę…. a traz małpeczki…. i hopka….! Zaraz wszyscy razem w podskokach, w pojedynkę czy w parze zaczęliśmy sie wygłupiać i szaleć, a Malgasze przygrywać coraz to nowe utwory. Wyglądało to trochę tak jak byśmy się wszyscy jednocześnie szaleju najedli. Noc, śpiewy, ognisko, cienie na piasku opentanych w tańcu ludzi… Albo jakieś szamańskie rutuały.

Towarzystwo zaczęło się powoli wykruszać. Pożegnaliśmy się grajkami.

Dochodziła północ. Nie miałam jeszcze ochoty spać. Noc była wyjątkowo ciepla. W ośrodku dostęp do prądu był już odcięty, jedynie świeciły lamiony prowadzące do bungalowów i… molo.

Wybrałam drugi kierunek. Położyłam się na plecach na suchych, skrzypiących deskach podestu, zostawiając za sobą światła, by nie mnie nie rozpraszały. Z resztą po chwili same zgasły. Afrykańskie niebo od zawsze i u wszystkich bez wyjątku zachwycało. Nawet po północy ma kolor granatowy. Jest upstrzone jasno świecącymi gwiazdam, które gdzie nie gdzie sa przykryte ciemniejszymi plamami czyli chmurami. Dokładni taki miałam przed sobą widok. Obserwowałam powoli ujawniające się spod ciemnych płacht złote plamki. O! I spadająca gwiazda również zabłysła. Ocean już nie grzmiał jak za dnia. Słychać był dźwięczne cykady i głęboki rechot żab. Czasem wiatr dawał o sobie znać, poruszając liście palm, kłamiających sie Ampitabe.

Stałam na początku pomostu, ktory jakby prowadził mnie do wrot doskonałości.

Stałam ….

Oniemiałam…

Opuścić miejsca nie chciałam…

Facebook Comments
ovh