AzjaChinyRelacjeTybet

Pudża w ukrytej świątyni tybetańskiej w Lhasie

Tybet – Dach Świata lub Kraina Śniegów – jest na ustach całego świata nie tylko z powodów politycznych, ale przede wszystkim z uwagi na bogaty krajobraz (to w Himalajach znajduje się najwyższy szczyt świata – Mount Everest, po tybetańsku Czomolungma) oraz wyznawców buddyzmu. Budyzmu pochodzącego z Indii, który w wyniku zmieszania z tradycyjnymi wierzeniami przybrał niezwykłą postać.

Pałac Potala
Lasha – stolica Autonomicznego Regionu Tybetu – jest znana z olbrzymiego pałacu Potala (Potala znaczy czysta kraina), wzniesionego na świętej górze Marpori. Przez wieki rezydowali w nim dalajlamowie. W 1959 roku Dalajlama XIV został zmuszony do opuszczenia go i teraz budynek mający 1000 komnat, setki kapliczek z różnorodnymi posążkami Buddy jest muzeum. Niestety ostatnio Chinczycy zaczęli limitować nawet czas zwiedzania tego olbrzymiego obiektu.

Pałac Potala jest również miejscem pielgrzymek. Pielgrzymi okrążają budynek zgodnie z ruchem wskazówek zegara. W jednej ręce trzymają młynek modlitewny, którego obracanie symbolizuje ciągłe odmawianie mantry (nawet jak rozmawiają z towarzyszem o sprawach przyziemnych), a w drugiej koraliki, za pomocą których odliczają, ile razy wypowiedzieli mantrę: „Guru omanipemehum”, co znaczy „chwała klejnotowi lotosu”.

image image

Jednak we wspomnieniach z Lhasy to nie pielgrzymki wokół pałacu Potala pozostają najsłużej w pamięci. W samym centrum miasta – Berkhor – wznosi się świątynia Jokhang, wybudowana w VII wieku naszej ery przez pierwszego króla Dharmy – Tsongstena Gampo dla statuetki Buddy przywiezionej przez jedną z jego żon. Świątynia ta jest najważniejsza w Tybecie, a tym samym ściąga niewiarygodną rzeszę wiernych, i to nie tylko z Tybetu.

Jokang
Niezwykłość tego miejsca zauważa się od razu po wejściu do starego miasta, zalanego pielgrzymami w różnorodnych etnicznych strojach, futrach i pasiakach, łysych, brodatych, z łańcuchami korali na szyi, wpiętymi we włosach kolorowymi wstążkami. Kręcąc się godzinami tymi samymi uliczkami, nie spotkałam podobnych szat czy twarzy.

image image image image image image

Oprócz spacerów wokół świątyni pielgrzymi biją pokłony u jej wejścia. Mają przygotowane materace lub podłużne skóry oraz dwie deseczki po bokach. Stojąc, składają razem dłonie. Dotykają nimi kolejno czoła, ust i serca. Padają na kolana, rozkładają ręce na deseczkach na wysokości kolan i szorując nimi do przodu, kładą się całym ciałem na materacu. Następnie ręce składają tuż nad głową w pozycji leżącej, a czołem uderzają w kamienną posadzkę. Znów kładą dłonie na deseczkach, przesuwają na wysokość kolan i powracają do pozycji wyprostowanej. Jeden pokłon trwa kilka sekund, a w ciągu dnia przeznacza się na nie kilka godzin. Tybetańczycy wierzą, że powtórzenie pokłonu 100 000 razy pozwoli odkupić ich złe uczynki, które mają wpływ na ich kolejne wcielenia.
Przychodziłam tutaj każdego wieczoru, by obserwować pięknie modlących się ludzi. W każdej godzinie, a nawet minucie odkrywałam nowe twarze, pełne skupienia, zamodlone i nie nudziłam się.
Jeden z turystów wspomniał o innym niezwykłym miejscu, napotkanym podczas spaceru w pobliżu Jokhang. Nazwał je miejscem odpoczynku pielgrzymów. Poprosiłam o wskazanie tego miejsca.
Dołączyły do nas Renata i Wiesia. Co prawda, tylko ja nie znałam tego miejsca, ale dziewczyny, nauczone doświadczeniem, liczyły na nowe doznania.
Skręciliśmy w mały zułek. Już z oddali było widać kłębiący się tłum i stragany tuż za małą furtką. Z trudem przeciskaliśmy się wśród ludzi.
Idź do przodu! Tam będzie plac i więcej miejsca – krzyknął do mnie idący przodem Leszek.
Miał rację tylko co do placu. Miejsca nie było! Trafiliśmy na pudżę – nabożeństwo buddyjskie. W pobliżu pałacu Potala i świątyni Joghang nie było aż tylu ludzi, ile zobaczyliśmy w tym miejscu.
Leszek wskazywał drogę do wyjścia, ale Tybetańczycy nie traktowali nas jak intruzów. Przeciwnie! Zapraszali nas do środka świątyni, o której istnieniu nie mieliśmy pojęcia.
Weszliśmy do jej wnętrza. Przyglądaliśmy się twarzom, by się upewnić, czy rzeczywiście jesteśmy milewidzianymi gośćmi. Na razie nie mieliśmy co do tego żadnych wątpliwości. Tybetańczycy wskazywali nam dalszy kierunek zwiedzania.
Przeciskając się z piętra na piętro obok setek modlących się ludzi, dotarliśmy na taras. Siedzący w grupkach pielgrzymi nie tylko modlili się, trzymanając młynki i korale w dłoniach, ale również pobożnie biesiadowali. Nasza obecność budziła pozytywne reakcje. Teraz nie tylko zobaczyliśmy uśmiechy, ale doświadczyliśmy również, czym jest tybetańska klasztorna gościnność.

image
Nie zdążyliśmy zejść ze schodów, a już szczerbaty, uśmiechnięty mężczyzna, idący taneczym krokiem, częstuje nas ciasteczkami domowej roboty i cukierkami. Taras był wypełniony po brzegi, tak że i tutaj było trudno przejść. Ludzie jednak ustępowali nam miejsca i częstowali swoimi specjałami. W pewnym momencie odstąpiono nam taboreciki i zaproszono do towarzystwa. Popatrzyliśmy na siebie i bez słowa przyjęliśmy zaproszenie.
Cały Tybet w jednym miejscu: mężczyźni i kobiety, starcy i dzieci w tradycyjnych różnokolorowych strojach i nakryciach głowy. Trudno utrzymać oczy w jednym miejscu. Chce się ogarnąć i zapamiętać wszystko. Potem zauważa się szczegóły: zmarszczkę, tasiemkę we włosach, warkocz na bujnej brodzie mężczyzny, palce i panokcie pokrzywione od ciężkiej pracy w polu i przesuwania w ręku koralików, zmeczone stopy po wielogodzinnej pielgrzymce dookoła świątyni, nazywanej kora.

image image

Nasi gospodarze wyraźnie czuli się zaszczyceni obecnością zachodnich przybyszów. Uśmiechali się do nas, mówiąc „taszi delek”, co znaczy „witaj, dzień dobry”. Odpowiadaliśmy z należytym szacunkiem. Cały czas byliśmy częstowani słodyczami, domowymi plackochlebkami oraz tradycyjną tybetańską herbatą – z masłem z mleka jaka. Mieliśmy już pełne dłonie i usta ich smakołyków. Nie chcieliśmy wyjść na obżartuchów, więc uprzejmie odmawialiśmy, sprawiając im przykrość.
Oprócz głębokiego skupienia modlitewnego było również wesoło.

Między zgromadzonymi przechadzał się młodzieniec, który szpiegowskim wzrokiem wyszukiwał spragnionych ochłody ofiar. Uzbrojony w spryskiwacz o dużej mocy oblewał głowy, włosy i twarze zgormadzonych. Nam również się dostało! Nasze niespodziewane krzyki wzbudziły falę śmiechu. Czasem Tybetanki same pokazywały, że są zainteresowane ochłodą. Młodzieniaszek przybierał wówczas waleczne pozy, co gwarantowało kolejną salwę śmiechu. Zrobił kilka kroków dalej. Zza pleców zaatakowała go babuleńka z butelką pełną wody. Polewali się wzajemnie, a kiedy pojemniki były już puste, podeszli do siebie, by uścisnąć dłonie.
Postanowiliśmy opuścić świątynię, więc podziękowaliśmy za ciepłe przyjęcie. Po drodze znów mogliśmy popróbować różnych smakołyków. Nie chcieliśmy odmawiać, by nie sprawić im przykrości.
Krętymi, wypełnionymi pielgrzymami zaułkami przedzieraliśmy się do wyjścia. Minęliśmy garkuchnię z olbrzymim garem nad paleniskiem, w którym gotowano jedzenie dla zgromadzonych. Tuż przy wyjściu na ulicę kilka kobiet kroiło i płukało warzywa.
Dla mnie Lhasa to nie pałac Potala czy slawny Jokhang. To ukryta w zaułku, wypełniona pielgrzymami maleńka, nieznana świątyńka, w której można ujrzeć cały Tybet w pigułce.

image

 

Szpilki w plecaku

Author Szpilki w plecaku

More posts by Szpilki w plecaku