Kamilianie z Fianarantsoa

Podczas swojej pierwszej wizyty w ośrodku dla trędowatych w Maranie, doszła do mnie informacje, że w okolicy pomagają misjonarze polskiego pochodzenia. Niestety, ze względu na ograniczenia czasowe nie udało się do niech dotrzeć. Zatem obiecałam sobie, że gdy tylko znów wrócę to Fianarantsoa spróbuję się z nimi spotkać i podpytać, co tutaj robią i jak im się żyje na Madagaskarze.
Późnym popołudniem dotarliśmy do Marany. Gdy tylko dojechaliśmy zauważyliśmy zamykające się drzwi auta przez bramą ośrodka. Nasz przewodnik, którego ochrzciliśmy podczas wyjazdu Rysiu, wyskoczył z busa jak poparzony a ja za nim, by spytać, czy możemy jeszcze odwiedzić szpital dla trędowatych. Ze wspomnianego auta wyłoniła się postać drobnej postury. Przywitała nas słowami: „Dzień dobry! W czym mogę pomóc?”. Ze zdziwieniem nie odpowiedziałam na pytanie tylko zadałam następne: „A gdzie siostra tak pięknie nauczyła się mówić po polsku?”. Okazało się, ze od kilku lat mieszka w Polsce i prowadzi wraz w trzema innymi przyjezdnymi siostrami przedszkole w okolicach Lublina. Teraz przyjechała na wakacje do swojego rodzinnego kraju.

Po zaspokojenia swojej paskudnej ciekawości, bardzo grzecznie opowiedziałam, co sprowadza nas do Marany i czy to siostra mogłaby odprowadzić nas po placówce założonej przez polskiego jezuitę, o. Jana Beyzyma. Nie było problemu. Zakonnica towarzyszyła nam podczas całej wizyta i pomagała mi, gdy wkradł mi się chochlik języka francuskiego.

Po odwiedzinach zapytałam, czy zna jakichś polskich misjonarzy pracujących tutaj na miejscu i czy można do niech dotrzeć. Potwierdziła i zaproponowała, ze wskaże nam miejsce ich pobytu. Drobniutka zakonnika wsiadła za kierownicę dużego misyjnego auta i salonem przez las doprowadziła nas do ogrodzonej posesji. Wjechaliśmy.

Było już ciemno i zmęczenie po wielogodzinnej podróży dawało już we znaki. Zdecydowałam, że do środka wejdę narazie sama i umowie się na jutro.

Siostrzyczkę zaprowadziła mnie do stołówki, gdzie właśnie trwała kolacja.

-Szczęść Boże!

-Piąteczka! No dawaj łapę -powiedział ks. Stefan Szymoniak wymieniając ze mną kumpelski klaps w powietrzu

-Szczęść Boże! – odpowiedział ks. Sławomir Wrona

-Auu! Mocny ucisk…

Przeprosiłam za przerwaną kolację i opowiedziałam o swojej propozycji.

– I tak się nie da jeść. To jakieś paskudztwo.- stwierdził ks. Stefan cichutko, ale z ogromnym uśmiechem na twarzy (rok temu przeszedł operację krtani i dlatego prawie szeptał).

Okazało się, że oboje mają jutro rano zaplanowane jakieś zajęcia, a godzina przez nich zaproponowana była dla nas zbyt późna. Zapraszają na spotkanie teraz.

-Rano mamy mszę a potem Sławek jedzie rozwieźć ryż…

Rysiu i księża rozmawiają po francusku i malgasku. Nic nie rozumiałam.

-No dobrze.. Takich gości nie mamy zbyt często. Wpadajcie jutro o 8:15.- zaprosił ks. Stefan

Super!

Nasz hotel nie był daleko. Przed nami noc. Może się wyśpimy.

image

Maison st. Camille

Dom kamilianów. Uśmiechnięta dwójka przywitała nasz mocnym uściskiem ręki i …. piątka w powietrzu. Zaproszono nas do pokoju gościnnego i poczęstowano chłodnymi napojami. Parę słów o nich samych.

Ks. Stefan pochodzi z Leszana. Przyjechał na Madagaskar równo 32 lata temu czyli w latach 80. W tych czasach był zobligowany podpisać cyrograf, że do kraju już nie wróci. Na drodze do misji pojawiła się jeszcze jedna przeciwność: niepełnosprawność. Jednak dzięki dyspensie Kardynała Stefana Wyszyńskiego mógł realizować swoje pragnienia. Wybrał zakon kamilianów, by pomagać chorym. Początkowo chciał jechać do Tajlandii, ale „posłuszny misjonarz poleciał na Madagaskar” (cytat). Jednocześnie zakon zdecydował otworzyć polską misję w na tej wyspie w miejscowości Fianarantsoa. Do chwili obecnej jest to jedyna polska misja w tej prowincji.

Oboje z ks. Sławkiem pracują z chorymi w szpitalu publicznym, otrzymali od państwa pod opiekę wioskę trędowatych i z chorobami zaleczonymi oraz pracują w szpitalu diecezjalnym, gdzie odpowiedzialni są za choroby tropikalne (ks. Stefan skończył ten fakultet w Belgii).

– My jednak nie leczymy tylko doradzamy. Lepiej być od tego daleko. Tutaj są czarodzieje i znachorzy. Gdy już nie wiedzą, co zrobić z chorym, wówczas przysyłają go do nas.

Byli zgodni. Człowiek przyjeżdża w nowe miejsce z bagażem swojej kultury i nie może interweniować.

– Musimy współpracować a nie pomagać, bo inaczej włączy się im samoobrona. Jesteśmy tu po to, by pokazać, że można żyć lepiej.

Według nich, Malgaszom potrzebna jest przede wszystkim edukacja. Powinno się zerwać z tradycją mówiącą o absolutnym posłuszeństwie wobec ojca (w dużych miastach takich jak Tana zauważono już zmianę tego trendu).

Jedzenie, które kupują albo dostają jest przez nich rozdawanie. Ale nie wszystkim. Jedynie tym, którzy naprawdę tego potrzebują, tym którzy naprawdę nie mają. „Na to co dostaną muszą zarobić albo musi zaprotestować, bo jak nie, to udupią” cytując ks. Stefana.

Za pieniądze kupują leki. Następnie odsprzedają je za symboliczną kwotę Malgaszom. Ks. Stefan śmiał się, gdyż zauważył, że większym zainteresowaniem cieszą się medykamenty droższe. Uważają je za bardziej skuteczne. Kiedyś leki importowali zza granicy, było to jednak bardzo kosztowne. A dodatkowo przesyłane paczki zostawali, tak odnotowywały służby przewozowe… uszkodzone… Niejednokrotnie otrzymywali leki przeterminowane. Wówczas ojcowie zdecydowali się skorzystać z usług lokalnego producenta. Niestety mają wyższe ceny niż dla Malgasz, ale i tak wydaje się to być lepszym rozwiązaniem.

Stefan Szymoniak

Za jakich środków finansowany jest ośrodek?

– Mamy w kraju dobrodziejów. Dodatkowo prokura prowadzi animacje misyjne luz z rekolekcji i posług świadczonych podczas naszych urlopów w Polsce (śmiech).

Jak odbierają Waszą obecność i pracę Malgasze?

-Kochać mnie nie muszą, ale szanować niech spróbują NIE! A tak poważnie to nigdy się nad tym nie zastanawiałem- stwierdził ks. Stefan.

Ks. Stefan jest od samego początku powstania placówki na Madagaskarze. Mimo wielu trudów i choroby cały czas troska energią, uśmiechem i pozytywnym nastawieniem do życia.

Jaką macie tu rozrywkę?

– Spacery, Internet, telewizja

Za jakimi polskimi smakami najbardziej tęsknicie?

– Kiełbasa! – Odpowiedzieli chórem – Brakuje tu kultury przygotowywania mięsa, szynki. A poza tym ogórki kiszone mamy, bigos, czasem gołąbki kucharka zrobi, więc nie mamy chyba tak źle – z cieknącą ślinką wylicza ks. Sławek.

Nasza wizyta dobiegała końca. Obiecałam, że jeśli kolejny raz przyjadę na Czerwoną Wyspę, zabiorę ze sobą odpowiedni zapas kabanosów i przywiozę je w prezencie.

Wsiadając do auta rozległa się uroczą melodia, jakby słowniki albo kanapki zaczęły śpiewać. Ale żadnych ptaków nie widzieliśmy. To ks. Stefan, śmiejąc się i dając pstryczka w nos swojemu zażegnanemu rakowi krtani nauczył się tych ptasich treli i żegna nas radośnie.

image

***************************

Jeśli ktoś z Was będzie chciał odwiedzić tych przemiłych misjonarz podczas swojej podróży na Madagaskar, chętnie udostępnię kontakt i adres ich placówki.

Piąteczka w powietrzu – na pożegnanie

ovh