Po kilku dniach marznięcia w górach zapragnęłam ciepełka. I o ile samo Maroko kojarzy się ze słońcem (a tak jest) to mało kto uwierzy, jeśli nie doświadczy, że w tym kraju pada śnieg. Dlatego postanowiłam, że na JUŻ znajdę hammam czyli łaźnię, gdzie można poddać się zabiegom oczyszczania ciała.
Zanim opowiem, jak tam było w publicznym hammamie, warto wspomieć o historii, bo hammam to coś więcej niż łaźnia – to instytucja społeczna, rytuał oczyszczenia i kawał historii świata islamu. Jest przede wszystkim spopularyzowana w Turcji oraz Maroko, ale każda z nich ma swój inny klimat.
UWAGA! Ze względów oczywistych w hammamie nie można robić zdjęć, dlatego uprzedzam, że zdjęcia i grafiki zawarte w tekście są wygenerowane przez sztuczną inteligencję, tak by jak najwierniej odzwierciedlały to, co widziałam i doświadczyłam.
Historia hammamu
Korzenie hammamu sięgają starożytnych łaźni rzymskich, takich jak Termy Karakalli, gdzie kąpiel była nie tylko elementem higieny, lecz także centrum życia towarzyskiego. To właśnie tam koncentrowały się relacje społeczne, rozmowy o polityce i interesach. Jak na tamte czasy były to niezwykle zaawansowane konstrukcje – wyposażone m.in. w system ogrzewania podłogowego (hypocaustum) oraz rozwiązania pozwalające uzyskać różne temperatury pomieszczeń, od ciepłych po gorące.
Po upadku Imperium Rzymskiego tradycja publicznych łaźni w Europie niemal całkowicie zanikła. Przetrwała jednak i rozwinęła się w świecie islamu, szczególnie w okresie Kalifat Abbasydów (VIII–XIII w.). W islamie czystość rytualna odgrywa kluczową rolę – zarówno w kontekście codziennych ablucji, jak i przygotowania do modlitwy. W związku z tym łaźnie publiczne szybko stały się nie tyle luksusem, co społeczną koniecznością.
W tym okresie zmienił się również charakter korzystania z łaźni: zaniknęła publiczna nagość, wprowadzono podział przestrzeni dla kobiet i mężczyzn (czasowy lub fizyczny), a sama kąpiel nabrała bardziej rytualnego wymiaru.
Złoty wiek hammamu przypada na okres między IX a XV wiekiem. Łaźnie były wówczas powszechne – obecne zarówno w dużych miastach, jak i mniejszych ośrodkach – i pełniły wiele funkcji. Oprócz oczywistej roli higienicznej stanowiły ważną przestrzeń życia społecznego (spotkania, rozmowy, budowanie relacji), rytualnego (np. przygotowania przed ślubem) oraz kulturowego i edukacyjnego, szczególnie wśród kobiet. Były jednymi z nielicznych miejsc, w których kobiety mogły swobodnie się spotykać i spędzać czas poza domem.
Do dziś tradycja hammamu najpełniej zachowała się m.in. w Turcja oraz Maroko, choć w każdym z tych miejsc przybrała nieco inną formę. Współcześnie hammam bywa także atrakcją turystyczną, którą… postanowiłam świadomie ominąć – wybrałam wariant bardziej lokalny.
Publiczny hammam w Maroko
Zawsze powtarzam, że nigdzie nie marznie tak zadek jak w Afryce, gdyż kontynent ten kojarzy się przede wszystkim z ciepełkiem (tę frazę już wielokrotnie używałam w swoich tekstach oraz na blogu :P). I chociaż o tym wiem, jestem doświadczona w bojach to i mnie się zdarza o tym częściowo zapomnieć. Końcówka 2024 była moim totalnym maratonem podróżniczym, a na Nowy Rok pojechałam z grupą pierwszy raz do Maroka. Sama się z siebie śmiałam, że pierwszy śnieg w tym sezonie zimowym zobaczyłam nie w Polsce, a właśnie w górach w Maroko. I chociaż byłam ubraniowo odpowiednio przygotowana, to jednak ciepłolubność we mnie się odezwała.
Po długiej podróży przyjeżdżamy do miejscowości X (celowo nie podaje konkretów, by zachować nieskazitelność miejsca i możliwość powrotu do podobnego doświadczenia bez natłoku turystów). Grupa powędrowała do pokoju, ja z telefonem w ręku sprawdzić dwa najbliższe punkty hammamu. Przyznaję, że nie miałam wówczas wyobrażenia JAKI to ma być hammam, chciałam się i innych wygrzać po górskiej eskapadzie.
W wąskiej, pustej ulicy znalazłam baner w języku arabskim, dokładnie takie same szlaczki i zdjęcie, jakie widziałam w grafice na Mapach Google. Pokonując kilka maleńkich schodków odtworzyłam ciężkie drzwi i weszłam do maleńkiego korytarza. Zaraz przy wejściu znajdował się blat z szybą, a za nią uśmiechnięta młoda Marokanka w zachodnim stroju. Widać było na jej twarzy zaskoczenie, ale jej oczy uśmiechały się radośnie. Spojrzałyśmy się na siebie z nadzieją, że jakoś uda nam się pogadać: mnie wydusić z siebie kilka francuskich słów z pomocą tłumacza w ręku oraz jej po angielsku i uproszczonym francuskim.
- Nie jestem pewna czy dobrze trafiłam. Czy tu jest hammam?
- Tak, ale nie dla turystów.
- Jak dla mnie to jeszcze lepiej. Ale czy możemy tu przyjść? Jest nas kilka osób i z wielką chęcią byśmy doświadczyli właśnie lokalnej łaźni.
- Tak. Tu jest wejście dla kobiet a z drugiej dla mężczyzn.
- Czy możemy przyjść z dziećmi?
- Tak, ale… ( i tu wyjaśniła kilka zasad związanych z wiekiem i płcią).
Jak tylko dostałam zielone światło, od razu na naszej grupie Whatsapp zarządziłam rozkład jazdy z propozycją wyjścia do hammamu przed kolacją sylwestrową. Czasu nie było wiele, zatem pilnie pognałam do hotelu po ręcznik, kostium kąpielowy, małą suszarkę i kilka drobiazgów do mycia, które przydają się basenie. W ciągu półgodziny wraz z kilkoma osobami zapukaliśmy ponownie do drzwi.
Bardzo się cieszę, że pomimo dość szczegółowej instrukcji podczas pierwszego spotkania, Fatma (bo tak się nazywała pani z okienka) potraktowała nas jak dzieci we mgle i namówiła na wszystkie możliwe bajerki: lokalne kosmetyki, masaż, a nawet panią myjącą. Nie czułam się nachalnie nagabywana, lecz przekonywana, że jest to oryginalny element ich kultury, który warto poznać. Dałam się skusić bez wahania, bo po pierwsze, kiedy jak nie teraz, a po drugie… cała wypasiona usługa z kosmetykami i pobytem w łaźni bez czasowego limitu nie kosztowała nawet 50 zł (właściwie to byłam bardzo zdziwiona tak niskimi kosztami, a z drugiej strony, to miejsce dla lokalsów, które ma być powszechnie dostępne, a nie dobrem luksusowym).
Kupujemy w małych saszetkach czarne mydła, opłacamy wejścia. Co i rusz otwierały się drzwi. Do pomieszczenia wchodziły panie, w różnym wieku w tracycyjnych strajach, bardzo kolorowych, często starsze zakrytą twarzą. W rękach miały plastikowe taboreciki, pod pachą duże miski i torebki wypakowane drobiazgami. Goście i Fatma witały się jak stare dobre koleżanki, a my zostaliśmy przedsawiane wchodzącym. Ponieważ naprawdę byliśmy jak dzieci we mgle, bez znajomości układu pomieszczeń, plus uważność na odpowiednie zachowanie w takim miejscu, otrzymałyśmy panią, która nam towarzyszyła.
Korytarz recepcyjny kończył się kolejnymi drzwiami. Po ich otwarciu moje oczy zrobiły się ogromne, a buzia otworzyła do samej ziemi. Była to przebieralnia. I w sumie w tym nic dziwnego, normalność na basenach czy saunach – zdecydowana większość znajdujących się tam kobiet, dzieci, nastolatki, młode i starsze była zupełnie NAGA lub w trakcie przebierania. ALE ta powszechna swoboda nagości w porównaniu z zakrytymi ciałami na ulicy stanowiła ogromny kontrast. Była to pierwsza okazja zobaczenia jak wyglądają lokalne kobiety: piękne włosy, krągłe biusty, kobiece biodra i wyprostowana, pewna siebie sylwetka. Przechadzały się między ławeczkami i krzesełkami na ploteczki, zupełnie nic sobie nie robiąc z braku odzienia. To ogromna różnica w porównaniu chociażby z tym, co znam z Polski, gdzie często kobiety się wstydzą chodzić nago obok siebie, ale nawet potrafią wzajemnie zwracać uwagę, by nie paradować przy nich z gołym biustem czy bez majtek. Nawet w saunach, pomimo zakazu tekstyliów, widzi się osoby w kostiumach kąpielowych.
Nasze pojawienie się w przebieralni nie zostało niezauważone. Przewodniczka wskazała nam wolne miejsce, powiedziała, by się rozebrać i zostawić rzeczy. Nie było szafek, wszystko leżało luzem na wierzchu w koszykach lub torebkach. Zdawało się, że miejsce jest bezpieczne i ludzie wzajemnie bardzo sobie ufają (telefony kazano zostawić w recepcji). Widząc powszechną nagość kobiet w hammamie oczywistym było, że nie wyciągamy i nie zakładamy kostiumów kompielowych. W kolejnym pomieszczeniu wzięłyśmy lekki prysznic i zaprowadzono nas do głównego pomieszczenia.
Wielka sala z łukowatym zwieńczeniem przejść była wyłożona jednakowymi, beżowymi płytkami na podłodze, ścianach i suficie. Mniej więcej na wysokości metra i w odstępach ok. 1,5-2 metry znajdowały się krany, z których leciała gorąca woda. Przy nich siedziały kobiety na przyniesionych ze sobą taborecikach, z miskami wypełnionymi wodą i lokalnymi kosmetykami: peelingującymi rękawicami kessa, gęstym, czarnym mydłem w żelu lub galarecie z oliwek oraz okrągłe, terakotowe pumeksy nazywane m’hekka lub mhekka. Każda jedna pucowała się sama lub robiła to jej towarzyszka.
Powietrze było przyjemnie gorące, ale i ciężkie od dużej wilgotności. Nasza przewodniczka zaprowadziła mnie pod ścianę i przywołała ciemnoskórą dziewczynę, która miała się mną zająć. Położyła na ziemi matę antypoślizgową i kazała mi się na niej ułożyć. Wtedy już wiedziałam, że należy zapomnieć o europejskich standardach sanitarnych, ale to nie był dla mnie problem. Nałożyła na całe ciało czarne mydło z saszetki i używając jezyka migowego kazała leżeć, aż zacznie działać, czyli powolutku rozpuszczać martwy naskórek. Sama poszła szukać narzędzi pracy, takich jak wspomniana miska oraz szorstka rękawica. Mycie rozpoczęła od głowy: były to zdecydowane, mocne, ruchy, czasem szarpiące, przypominające wyrazisty masaż (mając wówczas już pierwsze symptomy wypadania włosów modliłam się, by nie wyjść z procedury łysa 😀 ). Potem przeszła do płatków uszu, twarzy i całego ciała. W jej pracy trudno było szukać delikatności, wręcz przeciwnie, czułam ugniatanie i energiczne szorowanie ciała połączone z drapaniem rękawicy kessa.
Leżąc na macie, moje oczy wędrowały po pomieszczeniu, chcąc zaobserwować czystą lokalną okoliczność, lecz nie było to łatwe z pozycji horyzontalnej. Postanowiłam zatem zagadać do ciemnoskórej pani klęczącej obok mnie. Nie było to łatwe zadanie, ponieważ nie mówiła ani po angielsku i bardzo słabo po francusku. Z języka ciała i minimalnej wymiany słów dowiedziałam się, że jest Beduinką, która przyjechała do pracy do miejscowości X, ma 32 lata, trójkę dzieci. Była zdziwiona, że ja mając 36 lat nie mam dzieci, a gdy usłyszała o moim rozwodzie stwierdziła jedynie: HE BAD MEN. Naszą rozmowę wspierała i tłumaczyła siedząca obok i szorująca stopy dwudziestojednolatka. Była studentką nowych technologii i AI na uniwersytecie w mieście X (to nie było duże miasto, ale z własną uczelnią o tak aktualnym profilu, co zrobiło na mnie ogromne wrażenie).
Przyglądam się efektom pracy Beduinki: intensywnie szorowała ciało rękawicą, a czarne mydło rolowało się wraz ze startą skórą. Patrzyłam ze zdziwieniem, ile tego ze mnie zlazło! Gdy usiadłam, by mogła zająć się plecami zauważyłam, ze tylko wokół mnie i mojej koleżanki jest tak gęste nagromadzenia czarnych rulonów złuszczonej skóry. Z resztą, studentka również zwróciła na to uwagę i zadała pytanie:
- Jak często się myjesz?
- Pewnie będzie Ci trudno w to uwierzyć, ale codziennie – zapewne spaliłam wówczas epickiego buraka ze wstydu widząc to, co znajduje się wokół mnie.
- Ja przychodzę do hammam raz w tygodniu i spędzam tu kilka godzin.
Beduinka powoli kończyła moje szorowanie (bo nazwanie tego myciem nie wyczerpuje meritum): nogi ze wszystkich stron wraz z przybieraniem pozycji iście ginekologicznych, zadka, brzucha, pleców, rąk, pach, szyi… a moja młodsza koleżanka tak jak na początku dalej czyściła swoje stopy terakotowym kamykiem. 
W Maroko mieliśmy zostac jeszcze kilka dni.Po tym doświadczeniu padło postanowienie, aby sprawdzić jesze jedna miejscówkę – tym razem w Essaouira, aw bardziej komercyjnym miejscu. I jak było? Bez porównania! Ta publiczna miejscówka jest czymś, czego zapomnieć się nie da i pragnie powtórzyć!
Zerknij także na post na blogu
Wyświetl ten post na Instagramie
SPRAWDŹ INNE CHECK LISTY PRZED WYJAZDEM
Zapisz się do NEWSLETTERA. Jesteś tutaj nieprzypadkowo! Myślę, że możesz znaleźć tutaj jeszcze więcej ciekawych treści. Dla subskrybentów przewidziałam unikatowe materiały 🙂




