I nastał dzień, w którym skonfrontuje to o czym czytałam.
Temat Korei Północnej jest o tyle ciekawy co nieprawdopodobny. Tak niezwykły, że aż fascynujący. Zapoznając się z różnymi materiałami wydaje się czymś nierealny XXI wieku.
Do Pyongyangu najłatwiej dostać się pociągiem lub samolotem. Loty obsługują tylko dwie linie, chińskie i koreańskie. Ponieważ otrzymany bilet nie informował, z jakich linii będziemy korzystać, cała grupa liczyła na tę drugą.
Na zaspokojenie ciekawości musieliśmy poczekać do przyjazdu na lotnisko. Tak! Koreańskie Air Koryo! A do tego tzw. Anna Jantar. Czyli będzie przygoda. Pierwsze spostrzeżenie: ile tu jest turystów! Przecież to nie miał być popularny kierunek. Mieliśmy się czuć wyjątkowo. Co więcej, turyści z „imperialistycznych „Stanów Zjednoczonych?! Grupa licząca pewnie z pięćdziesięciu Amerykanów przed nami?! Jak to jest możliwe, że jednego ze największych wrogów tak ochoczo przyjmują do swojego kraju (* tę sytuację usprawiedliwiam obchodami Dnia Niepodległości, który będzie miał miejsce następnego dnia i wyjątkowego wydarzenia pod nazwą Arirang).

Przy odbieraniu boardingów nasze bagaże zostały wstępnie prześwietlone i przeszukane. Baterie, zapalniczki w bagażu głównym wzbudzały podejrzenia. No cóż, takie procedury.
Do samolotu dojechaliśmy autobusem. Głupota: nie mogłam się oprzeć, by nie zrobić sobie zdjęcie na tle samolotu z flagą KRLD i koreańskimi krzaczkami. Wewnętrzne samolotu było jakby we mgle – efekt dymiącej klimatyzacji, która, o zgrozo, z czasem, prawdopodobnie pod wpływem ciśnienia, rozszczelniła i oderwała listwę z sufitu. Wiszący kawałek metalu nie wzbudził zainteresowania personelu pokładowego. Jedynie pasażerowie zdecydowanie przełknęli ślinę i pomodlili się przed startem.
Dookoła mnie wymieszał się cały świat: Amerykanie, Chińczycy, Francuzi, my Polacy i Koreańczycy z północy, których z łatwością poznać po przypiętych na sercu znaczkach z podobizną swojego przywódcy lub przywódców. Za moimi plecami siedziała bardzo elegancka para, w doskonale wypracowanych ubraniach, fryzurze, ze złotymi zegarkami na nadgarstkach i błyszczącą biżuterią. Oczywiście, nie można było nie zauważyć przypiętych znaczków, świadczących o ich narodowości. Pomyślałam, zapewne klasa rządząca, tylko ich stać na takie dobra, reszta może liczyć jedynie na łaskę przywódcy.

Dolatujemy do Korei Północnej. Sam lot uważam za najbardziej stresujący w moim życiu. Po pierwsze, mieliśmy opóźnienie w starcie o 1,5h z niewiadomej przyczyny, co oznacza, że przewodnik na miejscu będzie musiał na nas długo czekać. Po drugie, przez całą podróż dymiło się z sufitu. Wiedziałam, że to klimatyzacja, natomiast potęgowała ona odbiór całego lotu tym rozklekotanym samolotem. Kolejna sprawa to formularze, które dostaliśmy do wypełnienia. Pytania były bardzo szczegółowe, np. zawód, nazwa bądź kryptonimem grupy, pod którą jesteśmy tutaj rozpoznawalny, drobiazgowo wypisanie składu naszego bagażu i… portfela.
Mały, zadbany terminal w Pyiongyangu. Z przygotowanymi formularzami ustawiliśmy się do odprawy granicznej. Szczegółowo przyglądali się naszym druczkom i paszportom. Nasze dane były przepisywane do kolejnego formularza w komputerze, który wyglądał na jeszcze bardziej zagmatwany. Urzędnik nawet nie ruszył kącikiem ust, by przywitać przybysza w swoim kraju, tylko… „Next, Please…”
Na bagaże trzeba było jeszcze poczekać. Rozejrzałam się dookoła. W kącie hali stał mał sklepik z pamiątkami: albumami o Pyongyangu, monumentami, muzeami, parkami, Łukiem Triumfalnie, a także kartki pocztowe, znaczki z flagą koreańską i płomieniem z monumentu idei Dżucze. Mnie jednak najbardziej zainteresowały gazety. Na okładkach był młody przywódca Korei, Kim Dzong Un, ze swojej pracy na miejscu (to znaczy na objeździe po kraju, gdzie jako specjalista radzi, jak dalej postępować lub pracować). Oto kilka cytatów z THE PYONGYANG TIMES:
(kliknij na zdjęcie by powiększyć)

… oraz DEMOCRTIC PEPLE’S REPUBLIC OF KOREA:
(kliknij na zdjęcie by powiększyć)

Karuzela się kręciła, a części walizek jak nie było tak nie ma. Językiem migowym i odrobiną chińszczyzny udało mi się porozumieć z pracownikiem lotniska. Rezultat: musimy czekać na następny samolot. W nim powinny być nasze brakujące bagaże. No nic, nie możemy zrobić nic innego tylko czekać…
Po jakimś czasie podeszła do nas jakaś pani. Okazało się, że to nasza koreańską przewodniczka. Przywitała się i powiedziała, że oprócz niej będzie nam towarzyszyć student, chcący poprawić swój język polski. Już przed wyjazdem miałam świadomość, że moje tłumaczenia i wszelkie udzielane przeze mnie informacje będą poddawane kontroli.
Doczekaliśmy się naszych walizek. Poszliśmy do autobusu. Miss Ha szybko przedstawiła się naprędce i przeszła do RZECZY, tzn. przedstawienia zasad, czyli co wolno a czego nie wolno robić, a konkretnej:
– robimy zdjęć wojskowym,
– nie robimy zdjęć postronnym ludziom bez zapytania,
– nie podchodzimy do ludzi bez zapytania,
– nie rozdzielamy się, chodzimy zwartą grupą,
– jeśli chcemy gdzieś wieczorem wyjść to tylko w towarzystwie przewodnika,
– nie pytamy dlaczego tak jest, bo TAK JEST I KONIEC,
i jeszcze wiele innych, dla nas czasem nie zrozumiałych. Tak tam jest i koniec.
Następnie przeszła do podstawowych informacji na temat kraju. Z czasem się zorientowałem, że podawane przez nią dane są mocno zawyżone. I nie myliłam się. Swoją wypowiedź podsumowała zdaniem: „Półwysep Koreański po II wojnie światowej został nieszczęśliwie podzielony”. Zatem na pewno podawane przez nią dane dotyczyły obu Korei.
Mimo, iż przewodniczka była drobną, delikatną kobietą od samego początku dawała wszystkim do zrozumienia, kto tu rządzi. Dominację miała opanowaną do perfekcji. Zdawałam sobie sprawę, w jakim kraju jestem, ale do tej pory nigdy w swoim życiu nie spotkałam się z takim brakiem uprzejmości i życzliwości po zadaniu najbardziej prozaicznego pytania. Jej głos się podnosił, marszczyła czoło i grożąc nachylała się nad pytającym.
Brak zaufania i chęci współpracy widoczny był od samego początku. Krytykowano każdą moją propozycję organizacyjną. Nie chciała mi udzielać informacji o godzinie posiłków czy zbiórek. Sama robiła to na forum. Nie chciała mi powierzać nawet tak drobnych spraw. Ciągle tylko słyszałam, że muszę podążać za zasadami przez nią wyznaczonymi, że dla mnie będzie tak lepiej. Jak już wspominałam, wiedziałam ze moja praca W TYM KRAJU będzie ograniczała się do minimum, ale nie myślałam, że będę całkowicie ubezwłasnowolniona. O każdą najzwyklejszą rzecz, nawet najdrobniejszą będzie batalia. Zawsze stał przy mnie student, kontrolujący każde wypowiedziane przeze mnie słowo.
WITAMY W KOREI… cdn.



