Jednym z moich postanowień noworocznych było zrobienie jednej fajnej rzeczy w miesiącu. Miały być narty na Chopoku, którym zaraziła mnie swoim filmem Iza Handerek, już wszystko było załatwione, klepnięty nocleg. Radocha trwała zaledwie dwie godziny, bo potem dostaje telefon:
– Ewa, mamy sytuację awaryjną. Możesz pojutrze jechać z grupą na Kilimanjaro?
– hmmmm, a załatwicie mi ciepły śpiwór?
No i jedna ta jedna fajna rzecz nagle się wyskalowała. W ciągu 1,5 dnia musiałam przeorganizować wszystkie plany i te, o których opowiem niebawem
Żeby jeszcze było ciekawiej, o Kilimanjaro rozmyślam od 2015 roku i już wiele razy się pakowałam, ale zawsze coś się wywaliło.
Na początku tego roku ponownie ta góra przeleciała przez głowę, ale raczej w kontekście odpuszczenia, wyrzucenia z radaru. Ale jednak tym razem ONA postanowiła inaczej. Zawołała, lecz też zwodziła… ale jak? Wszystkie samoloty do Tanzanii, którymi leciałam były opóźnione, bo wymieniano sprzęt albo cholera wie co jeszcze. Chichot losu i całego mojego wnętrza nie do opisania. Myślę sobie: Ewka, ale Cię ta góra challenguje!
Przygotowania
Chociaż przez lata przygotowywałam się do tej podróży, trudno byłoby uczciwie powiedzieć, że w półtora dnia osiągnęłam pełną gotowość. Moje ciało, przyzwyczajone do dynamicznego trybu życia, radzi sobie zazwyczaj nieźle nawet bez regularnych ćwiczeń. A jednak tym razem całe przedsięwzięcie przypominało decyzję podjętą w biegu: wstaję od biurka, pakuję torbę i ruszam. Jakby impuls był silniejszy niż analiza, jakby coś we mnie wiedziało szybciej niż ja sama. Oto cała ja: nie pytaj CZY tylko KIEDY.
Przypominałam sobie historie znajomych, którzy zdobyli Kilimanjaro. Wszyscy powtarzali jedno: kondycja to tylko wstęp, prawdziwa wspinaczka ma miejsce głowie. Góra jest twarda, ale umysł potrafi być jeszcze bardziej bezlitosny — i to on decyduje, czy idziesz dalej.
Droga
Myśl o tym wracała do mnie, gdy pierwsze kilometry szlaku zaczynały nabierać rytmu. Wspinaczka ma w sobie coś, co trudno porównać z codziennym życiem — nagłe uproszczenie, zniknięcie wszystkiego, co zazwyczaj zagłusza nasze wnętrze. Odcięci od bodźców świata, od listy zadań i oczekiwań, zaczynamy konfrontować się z tym, co naprawdę siedzi w naszej głowie: z wątpliwościami, które zwykle zamiatamy pod dywan; z myślami, które odkładamy „na później”; z tym cichym, ale uparcie obecnym pytaniem, czy kierunek, w którym zmierzamy, jest naprawdę nasz. Do głosu dochodzi autentyczność.
W miarę jak tempo marszu stabilizuje się, a ciało zaczyna działać bardziej automatycznie, coś w psychice się rozluźnia — pojawia się stan podobny do transu. To moment, w którym umysł odkrywa przestrzeń, żeby mówić pełnym głosem. I nagle okazuje się, że zdejmujemy z siebie różne „opakowania”: te wyprodukowane ze społecznych oczekiwań, z idealizowanych wizji siebie, z niespełnionych ambicji czy z chronionych kompleksów. Widać wyraźniej to, co nas uwiera, ale też to, co w nas stabilne, zdrowe i prawdziwe.
W tej ciszy i rytmie kroków zaczynam też dostrzegać coś jeszcze — jak wspinaczka przebija moje społeczne i myślowe bańki. Te, w których funkcjonowałam przez lata: środowisko pełne ludzi aktywnych, podróżujących, dla których odległe miejsca na mapie nie są wyczynem, lecz codziennością. Przez długi czas przesiąkałam tą „podróżniczą bańką”, w której niezwykłość staje się normą, a wysiłek — punktem wyjścia. Ale prawda jest zupełnie inna: my stanowimy maleńki promil ludzi. Dla większości świata to, co robię, jest czymś niespotykanym, inspirującym, wymagającym odwagi i determinacji. I dopiero teraz, w tej samotności szlaku, zaczynam naprawdę czuć swoją własną wyjątkowość — nie tę definiowaną przez otoczenie, lecz tę, która wypływa z głębokiego zrozumienia, kim jestem i jak żyję.
Z każdym krokiem pojawia się większa klarowność. Znika potrzeba udowadniania czegokolwiek komukolwiek. Myśli — te trudne i te wzmacniające — przestają walczyć o uwagę, zaczynają układać się w spójną całość. I wtedy przychodzi ta cicha, niemal niedostrzegalna pewność: że idę dobrą drogą.
Może nie idealną, może nie tą, którą wybraliby inni, ale swoją. I że — gdyby przyszło mi zmieniać własne życie od nowa — niewiele zrobiłabym inaczej.
Choroba wysokościowa
Rzeczywiście, technicznie wejście Kilimanjaro nie jest trudnym szlakiem, ale nie oznacza to, że trudności się nie pojawia. Tu najbardziej wycisk dostaje organizm z powodu wysokości: zmiany ciśnienia, mniejszej ilości tlenu. Wówczas zaczyna boleć głowa, puchnie ciało (w moim przypadku nie tylko buzia, ręce i kostki zrobiły się jak balony, ale nawet masując sobie głowę, palce jakby zapadały się w czaszkę jak w poduszkę ), brakuje apetytu mimo, że kucharze dosłownie czarują pyszności i rozpieszczają na wysokości , trudno jest zasnąć. A to absolutnie nie sprzyja w kolejnych dniach wspinaczki, gdy jest coraz trudniej. Tez ZOMBIE MODE (tak to nazwałam) czasem nawet utrudnia mówienie, wyrażanie się, spowalnia ruchy. Mnie jeszcze dopadło wczesne stadium zespołu Gilberta ( taka moja uroda organizmu ), z którym wiem jak, jak sobie radzić.
To jest moment, kiedy głowa zaczyna przejmować dowodzenie, wzmaga się czujność i rozszyfrowuje stan, działa tak, by ciało było zadbane. Temu też służyły codzienne wieczorne ankiety szczegółowo podsumowujące różne parametry. To one mnie osobiście unaoczniały kwestie wymagające zaopiekowania i przypilnowania.
Super ważne są też rozmowy z uczestnikami. Moja ekipa wspierała się i motywowała, wymieniała doświadczeniem, by każdy mógł dotrzeć na szczyt na swój sposób i w zasobach psychicznych i fizycznych.
Moja rada: NIE ŚPIESZ SIĘ, DBAJ O JEDZENIE, PICIE I SEN (zabrałam z Polski swoje ulubione smaki i adaptogeny na spanie), słuchaj ciała i zauważaj czego potrzebuje.
Atak szczytowy
23:00 wstajemy
00:00 ruszamy w ekipie 9 turystów i 9 przewodników. Jesteśmy uzbrojeni w cieplutkie ubrania, chemiczne podgrzewacze, ciepłą wodę w bidonach, termosy z herbatą, przekąski na czarną godzinę. Drogę wyznaczają nam przewodnicy i wstęga światełek z latarek na głowach innych podróżników… chociaż właściwie szlak to kwestia względna, idziemy przed siebie, często powolutku wymijając innych, nie wchodząc im w rytmiczne, transowe tuptanie. Po drodze zaplanowanych jest pięć małych przystanków tylko po to, by się przebrać, napić. Nie dłużej niż dwie minuty, by organizm nie wskoczył w tryb spania.
Tuptam noga za nogą krokiem nie dłuższym niż połowa długości buta. Trudno o większe, bo nogi przesuwają się na kamiennym, niestabilnym podłożu. Czasem przez głowę przelatuje myśl MAM DOŚĆ. Robię jednak reality check: woda jest, jedzenie jest, ciepło jest, większych trudności nie ma. Nogi jednak plączą się krzyżowo, idę slalomem, cud, że bez wywrotki, częściej niż zwykle zatrzymuje się, jęczę co kilka kroków z silnym oddechem. Staję w miejscu, łamię się w pół, opieram ramiona o kije, ręce opuszczam w dół, kolejne dwa jęczące oddechy. Totalni dziwny stan niemocy wychodzący ze mnę co kilkanaście kroków. Ale tą niemoc jakoś są wstanie opanować transowe śpiewy przewodników i towarzyszące poczucie, że właściwie to jeszcze nie jestem na rezerwie energetycznej. Wchodzę w trans krok za krokiem. Odliczam przystanki, pierwszy drugi, czwarty. Nikną światła przed nami. Czy jesteśmy na szarym końcu?
Mieliśmy nie pytać czy daleko jeszcze. Oglądam się za siebie, bo tam ma wschodzić słońce, linia horyzontu zaczyna się żółcić. Ta lekka poświata obrysowuje krawędź szczytu. Jesteśmy blisko, wyprzedziliśmy znaczną część ekip.
Stella Point wskazuje ukończenie pierwszego etapu, cel to UHURU PEAK. Ja pier****! Jeszcze 140m przewyższenia, jakieś 40 min marszu. Najdłuższe 140 w życiu!
abc



