Stracić twarz

Oprócz safari jednym z wykładników potwierdzających pobyt w Kenii jest podejście pod drugi co do wielkości (po Kilimandżaro) masyw górski w Afryce – Masyw Mount Kenya.

Batian (5199m n.p.m) i Nelion (5188m n.p.m.) to najwyższe szczyty tego masywu. Nazwy pochodzą od postaci mitologicznych wywodzących się z kultury Masajów. Niestety nie zawsze można je podziwiać. Gęste chmury zasłaniają te pięknie, ośnieżone, spiczaste szczyty. Mnie pierwszy raz i jak dotąd jedyny udało się je zobaczyć na przełomie sierpnia i września!

Nie jestem miłośnikiem wspinaczek górskich, ale wokół Mount Kenya przy bramie głównej Parku Narodowego Mount Kenya można spotkać mnóstwo pawianów, kobów śniadych i gerez abisyńskich, co sprawia mi ogromną przyjemność.

Jak to zwykle w górach bywa, pogoda zmienia się jak w kalejdoskopie, dlatego warto zabrać ze sobą i lekki podkoszulek i kurtkę przeciwdeszczową.

Tę stronę masywu odwiedzałam już niejednokrotnie o każdej porze roku i w każdym miesiącu, ale ostatnio pod koniec października, pokazał swoje nieprzewidywalne oblicze. Zdawałam sobie sprawę, że to czas krótszej pory deszczowej, tak więc przekazałam swoim towarzyszom podróży informacje o niezbędnej zawartości ekwipunku: kurtki przeciwdeszczowej lub parasolki, mocnych butach (bez przesady, nie trekkingowych, gdyż to lekki spacer, ale skórzane a nie materiałowe będą najlepsze, by móc je później łatwo przemyć)

Ze względu na różnice wiekowe i tym samym możliwości fizyczne moich kompanów podróży starałam się dobrać możliwy do pokonania dystans, tak aby nie zmęczyli się bardzo. Grupa okazała się jednak nad wyraz ambitna! Już od samego wejścia na teren Parku Narodowego moczyliśmy buty w głębokim błocie. Zasugerowałam przejście poboczem porośniętym trawą, by zminimalizować możliwość wywrotki w lepkiej czerwonej mazi. Wszyscy jednak zdecydowanie parli do przodu. Na pytanie, czy wracany, odpowiadali: „IDZIEMY DALEJ!”.

Mijamy dom gościnny, gdzie zatrzymaliśmy się na chwilkę na werandzie by odetchnąć. Niestety gęste chmury zakryły to co najpiękniejsze.

Przerwa nie trwała długo. Wszyscy mieli zakapiory w oczach potęgujące chęć spotkania na swojej drodze zwierza i przygody. Długo nie trzeba było czekać. Tuż przed nami rozciągał się „trochę” bardziej podmokły szlak niż dotychczas. Drużyna parła do przodu. U pań zawitała trwoga zawitała w ślepiach i myśli: „Moje buty..! Moje spodnie..!”. Krok. Krok. Coraz trudniej znaleźć twardszy kawałek gruntu, gdzie stabilnie i bezpiecznie można postawić stopę. Trudno również się wycofać, ponieważ byliśmy bliżej końca niż początku szlaku. Co więcej, już nie długo miało się zmierzchać. nie wiedzieliśmy co nas dalej czeka.

Panie w duszy lamentowały, na twarzach było widać grymas. Chlup! Mój jeden but zalany! Do moich wysokich skórzanych, lekkich trzewików wlała się woda z błotem. Zamknęłam oczy, ścisnęłam zęby i szłam dalej pocieszając się, że nie jestem pierwsza. Jedna z pań posłuchała moich rad i zabrała czepki kąpielowe, które nałożyła na buty. Radość ze sprytnego rozwiązania jednak nie trwała długo: i woreczek i trzewik zatonął w czerwonym błotku.

Myślę sobie: będą mnie przeklinać po powrocie do obozowiska, wątpić w moją znajomość terenu i żal za brak sugestii za brak wskazówki co do wcześniejszego nawrotu i przewidzenia sytuacji… No nic… Mam jednak nadzieję, że zahartują się pierwszego dnia na ewentualne kolejne niespodzianki i przygody.

Po dramatycznie mokrym, lepkim i niewątpliwie pełnym utrudnień spacerze, przed zachodem słońca udało się nam dotrzeć do kierowców, czekających na nas przed bramą główną Parku Narodowego Mount Kenya. Przyglądałam się twarzom uczestników wycieczki, by odczytać ich na: były wybitnie NEUTRALNE.

Pan Stanisław, który mimo swej dojrzałości wykazał się ogromną siłą fizyczną ale i pogodą ducha, spojrzał na swoje buty i rzekł: „THE NORTH to one są, ale FACE to już straciły”.

PS. I. W aucie w drodze powrotnej było jak makiem zasiał: wszyscy jak muchy popadali ze zmęczenia. Zaczęłam rozmyślać o dzisiejszym dniu i spacerze. Wygrzebałam w swej pamięci pewien obrazek z chwili przyjazdu do obozowiska:

Grupa rozbawionych chłopców przechadzająca się w szortach i klapkach. W rękach trzymali zabłocone do granic możliwości profesjonalne buty wspinaczkowe. Część z nich siedziała nad rzeką Naro Moru przepływającą przez nasz ośrodek. Rozmawiali między sobą śmiejąc się do rozpuku. Czemu zawdzięczają taki dobry nastrój? Chyba temu, że przeżyli podobną przygodę do naszej.

PS. II. Ogromne podziękowania dla Naro Moru River Lodge za ekspresowe odświeżenie naszych zdewastowanych trzewików.

 

Kenya

ovh