Morze Martwe

Układając plan naszej objazdówki, postanowiliśmy odwiedzić Morze Martwe. Wielu moich turystów zachwalało to miejsce opowiadając o niezwykłych zjawiskach związanych z tak bardzo zasoloną wodą. Od tamtej pory, Morze Martwe usytuowane było na szczycie listy MUST SEE!

Po obejrzeniu klasztoru Św. Jerzego udaliśmy się bardziej na wschód w kierunku Ein Gedi, gdzie odbiliśmy dalej na południe, widząc na horyzoncie Morze Martwe. Trafiliśmy na bardzo słoneczny dzień. Kolor piasku był bardziej złoty niż sobie go wyobrażałam. Woda w kolorze turkusowym z jasną linią brzegową – to sól, która się wytrąciła i osiadła gdy część wody odparowała.

Postanowiliśmy się zatrzymać, by zrobić kilka zdjęć. Zgodnie ze wskazówkami recepcjonist, nie zbliżaliśmy się do brzegów Morza Martwego, pozostając na ulicy. Powiedział nam, że ze względu na duże wydobycie soli z okolic zbiornika, łatwo wpaść w zapadlisko należące do szybu kopalni. Z resztą informowały o tym odpowiednie znaki.

Morze Martwe

Poszukiwaliśmy jakiegoś miejsca, gdzie moglibyśmy skorzystać z uroków wody. Moi turyści zawsze mi mówili, że w Morzu Martwym utopić się nie da. Zasolenie bowiem jest tak duże, że wypiera ciało ku powierzchni wody. Chciałam to sprawdzić na własnej skórze.

Mijaliśmy specjalnie przygotowany dla turystów kurort plażowy ze SPA. Zatrzymaliśmy się, by sprawdzić czy jest warty naszego zainteresowania. Stwierdziliśmy, że poszukujemy czegoś z mniejszym rozmachem. Pojechaliśmy jeszcze bardziej na południe, w stronę bezpośrednio Ein Gedi do słonego jeziora, będącego przedłużeniem Morza Martwego, licząc na znalezienie czegoś dla nas.

W oddali widniał wielki plac budowy, a tuż za nim kompleksy hotelowe. Pomyślałam, iż tu znajdziemy zacieniony parking i przyzwoity bezpłatny dostęp do morza.
I udało się!

Zajęliśmy wolne leżaki, przebraliśmy się w stroje kąpielowe oraz nasmarowaliśmy się olejkami. Słońce paliło niemiłosiernie, a powietrze stało w miejscu. Może ochłody zaznamy w słonych wodach Morza Martwego?

I się mocno pomyliliśmy! Woda była gorąca jak zupa i gęsta jak kisiel. Stąpaliśmy po dnie pełnym grudek soli, które było znakomitym peelingiem dla stóp. Każde ukąszenie komara czy drobna ranka w kontakcie z tą słoną wodą stawała się miejscem ekstremalnego bólu. Mateusz ze swoimi poranionymi nogami przeżywał katusze. Sprintem wyskoczył z morza by przemyć bolące miejsce pod prysznicem ze słodką wodą.

Postanowiłam sprawdzić czy rzeczywiście słone wody Morza Martwego są tak bardzo wyporne. Delikatnie położyłam się na powierzchni. Super! Lewituje bez jakiegokolwiek wysiłku. Szalenie przyjemne uczucie. Możesz wyciągnąć nogi przed siebie, możesz przytulić je do brzucha i zawsze dryfujesz po powierzchni.

image image

Nie podejrzewałam jednak, że później nie wszystko może okazać się takie proste. Wielkim przedsięwzięcie, okazało sie wyjście z wody. Próbując spokojnie postawić nogi na dnie, przekręcałam się chaotycznie na powierzchni, a to na brzuch, a to na plecy. Musiałam wymyślić jakąś technikę powrotu do pozycji pionowej. Po kilku minutach walki z żywiołem stwierdziłam, iż należy przyciągnąć nogi pod brodę i zdecydowanie wyciągnąć je w kierunku dna. Wtedy woda nie będzie miała szansy wyprzeć mnie. Zadziałało! Poszłam się obmyć.

Na plaży spędziliśmy kilka godzin podziwiając krajobrazy. Widzieliśmy też innych obcokrajowców, np. Amerykanów, którzy nakładali na siebie dobroczynne dla skóry błota Morza Martwego, podczas gdy młodsza część turystów toczyła walki z użyciem grudek soli.

Po kilku godzinach relaksu zebraliśmy swoje rzeczy i udaliśmy się w kierunku granicy z Jordanią nad rzeką Jordan.

Skąd nazwa Morze Martwe?

Bardzo Ciekawie opisał to Karol Werner z „Kołem się toczy”:

Jest kilka teorii, dlaczego Morze Martwe nazywa się martwe.  Jedna z najśmieszniejszych mówi o tym, że był kiedyś jeden nieszczęśnik, który się w nim utopił  – czego się nie da zrobić przez ogromne zasolenie – i na jego cześć nazwali zbiornik. Według innej legendy to właśnie pod powierzchnią wody znajduje się ukarana Sodoma i Gomora, co jak wiemy wiązało się z wieloma ofiarami. Jednak najbardziej prawdopodobnym pochodzeniem nazwy jest to, że z racji na tak ogromne zasolenie – 28%  czyli ~340 gram soli w każdym litrze wody (gdzie zasolenie w innych morzach to średnio 3,4 gram) – nie istnieje w tym zbiorniku praktycznie żadne życie.  Przez silne parowanie poziom wody cały czas się zmniejsza, a zasolenie tym samym rośnie jeszcze bardziej. W odległych czasach sądzono nawet, że opary Morza Martwego są zabójcze, co także mogło mieć wpływ na jego nazwę. Co ciekawe –  jak przewidują ekolodzy – morzu grozi wyschnięcie w ciągu 40 lat. Chytrzy Żydzi wpadli jednak na pomysł oszukania natury i podobno jest już klapnięty plan budowy 180 kilometrowego rurociągu, łączącego Morze Martwe z Czerwonym, dzięki czemu możliwe będzie regulowanie poziomu wody w tym pierwszym.


Informacje praktyczne, jak poruszać się po Izraelu i dotrzeć do Mitzpe Ramon, gdzie zaczynałam swój spacer po makteszu Ramon znajdziesz TUTAJ!


Jeśli Ci się podoba tekst, zostaw komentarz, lajka albo udostępnij! Będzie mi bardzo miło z tego powodu

Zapisz się do mojego newslettera! Skoro tutaj jesteś, to coś musiało Ciebie zainteresować, bądźmy w kontakcie! Możesz to zrobić używając poniższego formularza. Będę Ciebie informować o nowych postach, konkursach oraz spotkaniach!

Facebook Comments
ovh