Jeden dzień z życia Masajki czyli jak spełniłam swoje marzenie

CEL: Wioska Masajów

Od wielu lat moim marzeniem było zamieszkanie w wiosce Masajów, choćby nawet na bardzo krótko.
I właśnie dzisiaj miało się to stać. Podczas tych kilku godzin podróży zastanawiałam się, co mogłabym z siebie dać, czego nauczyć. Pragnęłam być w miejscu, które nie będzie miało znamion „pod publiczkę dla turysty”. W miejscu ze specyficznymi zwyczajami i warunkami mieszkalnymi, zupełnie różniącymi się od tych, do których jestem przyzwyczajona.

Rezerwat Masaj Mara. Po śniadaniu wraz ze swoim przewodnikiem Francisem wrzuciliśmy walizki do Landcruisera. Prawdę mówiąc nie do końca dawał wiarę, czy na pewno wiem, na jaki poziom wrażeń się szykuję i czy na pewno jestem na nie przygotowana.. Sam jest Masajem, z krwi i kości dorastającym w rodzimej kulturze, który za szkołą wyemigrował do miasta. Miał świadomość trudnych warunków i lokalnych zwyczajów. Jeszcze przed dojazdem na miejsce kilkakrotnie dawał do zrozumienia, że może powinnam awaryjnie zarezerwować namiot z prysznicem.
– Słuchaj, ja nie chce iść na łatwiznę. Chcę, żeby było prawdziwie i autentycznie. Chce robić to co oni, jeść to co oni, spać tak jak oni. Mam przenośny prysznic więc sobie poradzę, a poza tym, od jednodniowego brudu zapewne nie umrę.

Sopa! Epa! Czyli WITAJ po masajsku!

– Ewa, dzisiaj auto jest twoje i sama prowadzisz nas do obozu.
Prowadzenie pojazdu w Masai Mara nie jest mi obce. Już wcześniej wybierałam się autem na krótkie wycieczki do Talek, by usiąść z kierowcami w lokalnym barze i poczuć prawdziwą tubylczą atmosferę.safari Szpilki w plecaku - Ewa Chojnowska

Tym razem było jednak inaczej. Przed sobą miałam prawie dwugodzinny przejazd, pełen wertepów dziur, slalomów między wypasającymi się dzikimi zwierzętami, które trzeba omijać. Na dodatek kusiły i rozpraszały fantastyczne i bezkresne panoramy proszące chociaż na chwilę o zawieszenie wzroku w jednym miejscu. Ale Francis, jako również doświadczony kierowca, cały czas zdradzam mi tajniki jazdy po trudnym terenie i jednocześnie trzymał rękę na pulsie bym nie pomyliła strony w lewostronnym ruchu. Muszę przyznać, że jazda po bezdrożach sawanny wywoływała we mnie bardzo dużo stresu, ale i dawała mi mnóstwo frajdy!

Zaparkowałam przy kolczastym ogrodzeniu masajskiej wioski. Kobieta wychodząca z miejsca kierowcy wzbudziła wielkie zdziwienie wśród kolorowo ubranych mężczyzn (nie jest to codzienny widok). Wrażenie wzbudziłam, ale tylko na krótko. Wiele twarzy pamiętało mnie z wizyt w poprzednich latach i z wielką serdecznością przywitano mnie ponownie: Sopa! Epa!

W pierwszej kolejności zaproszono mnie, bym sprawdziła chatę, będącą domem dzisiejszej nocy. Planowałam także zaaranżować niewielką przestrzeń na mobilny prysznic. Morani, czyli masajscy wojownicy, którzy zostali moimi opiekunami, sami wychodzili z wieloma inicjatywami, by udogodnić chociaż troszkę pobyt.

Jeszcze przed przyjazdem do Kenii, kiedy byłam na etapie planowania noclegu w wiosce, bardzo mocno podkreślałam swojemu kontrahentowi na miejscu, że zależy mi na AUTENTYCZNYM miejscu, gdzie mieszkają ludzie, a nie na chatach wybudowanych na potrzeby turystów. Ostatecznie okazało się, że jedyną komercyjną rzeczą, która miała tutaj miejsce to krótkie przyjmowanie turystów powierzchownie pokazujące kulturę Masajów.
panorama wioski Masajów - Szpilki w plecaku - Ewa Chojnowska Masajka - Szpilki w plecaku - Ewa Chojnowska panorama wioski Masajów Szpilki w plecaku - Ewa Chojnowska

Do mojej masajskiej przygody dołączyła jeszcze trojka znajomych. Kiedy Ci dotarli do wioski nasi zaczęliśmy odkrywać tajniki życia i masajskich obyczajów. Rozpoczęliśmy od tradycyjnych tańców. Ich motywem przewodnim były podskoki, w których to największa trudność polegała na wybijaniu się w górę nie z kolan ale stóp. Masajowie dopiero w powietrzu delikatnie podnosili kolana do góry pokazując, jak lewitują. Wyprostowani, z rękami ułożonymi wzdłuż tułowia, nie dawali poznać, że jest to naprawdę trudne zadanie (sama próbowałam podskakiwać ich techniką!). Słychać było jedynie brzękające okrągłe blaszki przymocowane do paska i biżuterii.

Po widowisku zaproszono nas do wioski. Enkang, czyli osada (w suahili boma) składała się z 16 domków ustawionych w okręgu i otoczona kolczastym ogrodzeniem z akacji. W centralnej części pozostawiono duży plac, na który nocą spędzano bydło – największe bogactwo Masajów, by chronić je przed drapieżnikami.

Manyata, czyli dom, budowany jest przez kobietę i zajmuje około 3 miesięcy (zrobienie ogrodzenia to już zadanie mężczyzny). Jest zbudowana z kijków oblepionych trawą, błotem i krowimi odchodami. Jest na tyle wysoka, że w środku swobodnie można się wyprostować. Składa się przynajmniej z dwóch pomieszczeń: w centrum ognisko, będące małą kuchnią, daje światło ale i ciepło w zimne noce. Po dwóch stronach od ogniska znajdują się łóżka czyli plecionki z drobnych kijków przykryte krowią skórą. Jest jeszcze jedno pomieszczenie, gdzie trzymane są młode cielaczki. Czasem w domu może znaleźć się dodatkowy pokój będący sypialnią lub składzikiem. W środku panuje przyjemny półmrok. Są tylko trzy okna: jedno przy palenisku mające funkcję wentylacyjną i po jednym przy każdym legowisku.

Masajskie kobiety

Na dworze panował podwórkowy harmider: dzieciaki ganiały za kundelkami chcąc na siebie zwrócić uwagę, inne wychylały nieśmiało noski z sąsiednich chat, zdumione zapewne nietypowo przedłużającą się naszą wizytą. Podchodziły i witały nas również kobiety, które wołały do mnie już wcześniej nadanym masajskim imieniem (Nashipai). Starsze i młodsze, z zębami i bez, z łysymi głowami demonstrującymi doskonały kształt czaszki, w kolorowych chustach i brzęczącą, kolorową biżuterią na uszach i szyi, przytulały i ściskały dłoń, mówiąc: Sopa Nashipai!kolorowa Masajka - Szpilki w plecaku - Ewa Chojnowska golenie masajskiej głowy - Masaj Mara Ewa Chojnowska Szpilki w plecakukoraliki Masajki Szpilki w plecaku - Ewa Chojnowskabiżuteria Masajów - Szpilki w plecaku - Ewa Chojnowska Masajka - Szpilki w plecaku - Ewa Chojnowska robimy masajską bizuterię Szpilki w plecaku - Ewa ChojnowskaKobiety w wiosce są tyranami pracy. Oprócz wspomnianego wcześniej budowania domu, to one noszą drewno na opał, dźwigają wodę kilometrami, gotują, zajmują się dziećmi, piorą, doją krowy. Ponadto wykonują biżuterię dla siebie i swoich synów. W części kobiecych zadań postanowiłam się sprawdzić.noszenie drewna - wioska Masajów - Szpilki w plecaku - Ewa ChojnowskaPytamy jednego z oprowadzających nas tubylców:

– James, skąd masz te naszyjniki?
– Dostałem od mamy. Przekażę je później dziewczynie.
– A ty Patric? Masz taki pięknie, misternie wykonany pasek.
– Ja dostałem od swojej dziewczyny – mówi dumny syn wioskowego wodza.
– Chwila, a czy ty dałeś coś swojej wybrance?
Patrząc ze zdziwieniem stwierdza:
– Jak to co? Pieniądze, żeby kupiła koraliki i skórę na mój pasek!
Ta odpowiedź ewidentnie wszystkich rozbawiła. Zdumiony naszą reakcją dodał z uśmiechem:
– Ewa, ja tobie później opowiem, co jej daję 🙂 – powiedział pewny siebie, ale zarumieniony, kiedy wszyscy wybuchliśmy śmiechem.

męska bizuteria Masajów Szpilki w plecaku - Ewa Chojnowska

Być jak moran!

Długie popołudnie spędziliśmy na pogadankach międzykulturowych. Moran, czyli wojownik, to zapewne po starszyźnie, najbardziej szanowana postać w całej drabinie społecznej Masajów. Jednak by się nim stać, trzeba nauczyć się wielu męskich obowiązków, a także przejść kilka testów wytrzymałości i odwagi. Pierwszym z nich jest skaryfikacja na ramionach i udach. Przy pomocy gorącego kijka służącego do rozpalania ognia wypala się na skórze wybrane przez młodzieńca wzory. Podczas tego testu, chłopak nie może okazać swojej słabości, pokazać na twarzy bólu, uronić łzy ani zajęczeć. Niezaliczenie oznaczałoby wstydliwe wytykanie palcami aż do momentu, gdy słabość się mu zapomni.

Oboje naszych przewodników potwierdziła, że skaryfikacja jest naprawdę nieprzyjemna. Młodzi chłopcy, którzy mają zostać poddani tej próbie bardzo nawzajem się wspierają. James zawołał jednego ze swoich braci, by pokazać tego, będącego najodważniejszym we wspomnianej próbie. Całej jego ramię było pokryte w niezliczonych kropkach i kreskach. Blizny były błyszczące i bardzo wystające, co jest efektem regularnego wcierania w nie ogniskowego popiołu na etapie gojenia. Podobne i jeszcze większe wzory miał także na przedniej części ud. Spoglądając na twarze Masajów wlepiających swe oczy w blizny kolegi łatwo można było wyczytać, że są pełni podziwu i uznania.

Innym testem dojrzałości jest obrzezanie, które podlega takim samym zasadom. Ma ono miejsce (jak opisywali) w samym sercu enkangu. Wokół okaleczanego chłopca ustawiają się jego bracia, kuzyni, wujkowie i chłopcy w tej samej grupie wiekowej z rungu w ręku (rodzaj hebanowego kija zakończonego kulą). Kiedy zbliża się moment okalczenia, zgromadzeni uderzają przyszłego ilkiliani (krótki etap chłopięcego życia poprzedzający bycie wojownikiem) rungu po piętach. W ten sposób chcą rozproszyć, jakkolwiek to brzmi, ból związany z zabiegiem. Po tych wydarzeniach, życie chłopca, a potem mężczyzny ma być już tylko łatwiejsze.opowiadania w wiosce Masajów - szpilki w plecaku - ewa chojnowska

Masajowie to przede wszystkim pasterze, ale i okazjonalnie łowcy. Chcąc zostać szanowanym w wiosce, chłopcy grupą udają się na polowanie na lwa. W samym wydarzeniu uczestniczy kilku a nawet kilkunastu młodzieńców wyposażonych w dzidy i rungu. Niemniej jednak ten, który ostatecznie uśmierci zwierzę przy pomocy tych narzędzi z bardzo bliskiej odległości, staje się posiadaczem jego grzywy, a w przyszłości otrzyma znaczący głos przy strategicznych decyzjach na forum wioski i starszyzny.

Takim trofeum mógł pochwalić się Patric. Właściwie od samego początku dało się odczuć, że ma jakąś szczególną pozycję mimo swojego młodego wieku. Kiedy zadawałam pytania, ten często delegował do odpowiedzi, ale zawsze pierwszy wstawał, pierwszy siadał, pierwszy wyciągał ręce, gdy czymś częstowałam.

Kolacja pod gwiazdami

Zbliżał się wieczór. Swoim polskim znajomym postanowiłam zafundować niespodziankę (a przy okazji i całej wiosce)
– Ewa, tutaj ostatni turyści, tacy jak ty, byli jakieś dwa miesiące temu. Oni tylko słuchali i mieli jedzenie w pudełkach przywiezioną z hotelu. A to nie w twoim stylu. Może dasz się namówić, żebym pojechał po kozę, którą zjemy na kolację? – zaproponował Francis zaraz po dotarciu do wioski.

Oczywiście nie musiał mnie długo namawiać. Szybko ustaliliśmy plan wieczornego działania.

W centralnej części placu (tak, tam gdzie rządzą krowy i wszystko to, co z nimi związane) ustawiliśmy ławeczki, by przyglądać się krok po kroku poczynaniom miejscowych. Gospodarze zaczęli układać duże, liściaste gałęzie. Jak się dowiedziałam, mają właściwości odstraszające komary i inne robactwo. Tego wieczora miały być wielkim stołem i talerzem w jednym.
Chwilę później, jeden z chłopaków przyprowadził za rogi kozę, inny ostrzył o spłaszczony kamień maczetę. Zaczęłam się zastanawiać czy nadchodząca sytuacja nie będzie ponad moje siły. ostrzenie noża maczety - wioska Masajów - Szpilki w plecaku - Ewa Chojnowska
-Przykucnijmy przy ognisku – powiedział bardzo poważnie James. – Zanim zabijemy zwierzaka, musimy poprosić boga o błogosławieństwo. My będziemy wypowiadać treść a wy odpowiadajcie „n’ai”.

Uczyniliśmy jak powiedzieli. Jeden z mężczyzn szybko kilkakrotnie wypowiadał formuły w języku Masajów „maa” ze wzrokiem zwróconym w stronę liściastego talerza, a my zgodnym, chóralnym tonem, wypowiadaliśmy pożądany zwrot, co można przetłumaczyć jako „prosimy”.liścisty talerz - wioska Masajów - Szpilki w plecaku - Ewa Chojnowska

Kiedy rytuał słowny został ukończony, przyszedł czas na dzielenie kozy. Położono ją brzuchem do góry: jeden chłopak trzymał za nogi, inny za głowę a trzeci miskę pod łbem i maczetę, która kończyła jej żywot. Jednym ruchem ostrza Masaj przeciął obie tętnice i tchawicę tak głęboko, że z łatwością upuszczali krew do naczynia.

Muszę przyznać, że bardzo obawiałam się tego punktu wieczornego programu. Nie wiedziałam jak zareaguję i czy nie będzie to dla mnie za mocne doświadczenie. Sam moment był głuchy i miałam wrażenie, że nie aż tak brutalny (wracały do mnie wspomnienia i porównania z psiego bazaru – tekst TUTAJ– gdzie skowyt gotowanych żywcem zwierząt jeszcze długo dźwięczał mi w głowie).
Nie lada zdumienie pojawiło się na twarzy tubylców, kiedy nie odmówiliśmy napicia się ciepłej krwi, dopiero co upuszczonej ze zwierzaka. Popatrzyli na siebie i wręczyli kubek wypełniony cieczą. Reszta krwi bardzo szybko stężała i wyglądała jak czerwona galaretka. Krojono ją i palcami wkładano do ust.krwista galareta - wioska Masajów - Szpilki w plecaku - Ewa Chojnowska krwista galareta - wioska Masajów - Szpilki w plecaku - Ewa Chojnowska

Wytłumaczyłam im, że i w Polakom nie jest obce spożywanie krwi. Przecież wielu z nas jada kaszankę podczas letnich spotkań grilowych albo czerninę, gdy odwiedzamy babcię na wsi.

Kolejnym etapem pracy nad mięsem było ściąganie skóry. Pewnym ruchem nacięli kozę wzdłuż brzucha i nóg. Skóra bardzo ładnie odchodziła od reszty ciała. Jednym, cienkim nożem delikatnie dotykali skóry i nacinali wyglądający jak włosy tłuszcz.

Wiem, że są pewne zadania podczas przygotowywania posiłku, które mogą wykonywać tylko kobiety albo tylko mężczyźni, a także takie fragmenty mięsa, które mogą jeść tylko kobiety lub tylko mężczyźni. Ponieważ skórowanie nie wydało mi się jakimś szczególnie trudnym zajęciem, zapytałam, czy mogę spróbować. Odpowiedź była pozytywna.

Zanim wręczono mi narzędzia i wyjaśniono, jak powinnam wykonać zadanie, jeden z Masajów przyniósł dzbanek z wodą, żeby umyć ręce. Podchodząc do już dawno zabitego zwierzęcia zauważyłam, że… mięśnie kozy cały czas drgają. Trochę się przeraziłam, ale szybko zrozumiałam, że to zupełnie normalne!

skórowanie kozy - wioska masajów - szpilki w plecaku - ewa chojnowska

Tak jak się spodziewałam, nie było to jakieś wybitnie trudne zadanie. Mam wrażenie, że lokalsi patrzyli na moją sprawność z nutką zaskoczenia i zdumienia.

Rozpalanie ogniska

Zaraz obok kolejna grupa Masajów przygotowywała materiały do rozpalenia ognia. Przynieśli ze sobą dwa kawałki drewna, jeden oliwny, drugi akacjowy, maczetę i wysuszone odchody słonia jako najlepszy materiał łatwopalny.

Na maczecie ułożono kawałek drzewa oliwnego, w którym wcześniej wyżłobiono rowek. Do rowka wsadzono końcówkę kijka akacjowego. Dwaj chłopcy na zmianę pokręcali energicznie w dłoniach kawałek kijka, który ścierał z deseczki żar na maczetę. Kiedy żaru było już wystarczająco dużo, przeniesiono go na kupkę ze słoniowych odchodów. Później wystarczyło tylko podmuchać, by pojawił się ogień.rozpalanie ognia - wioska Masajów - Szpilki w plecaku - Ewa Chojnowskarozpalanie ognia wioska Masajów - Szpilki w plecaku - Ewa Chojnowska napar z akacji - wioska Masajóww- Szpilki w plecaku - Ewa Chojnowska

Nie zdążyłam się obejrzeć a Masajowie już ćwiartowali kozę. Pieczołowicie odcinali każdy organ i części ciała, a następnie nadziewali na patyk, który wbijali w ziemię przy ognisku. Jedynie nerki podzielili na części i zjedli na surowo (proponowali skosztować, ale nie znaleźli chętnych).

Na ognisku stały przygotowane dwa garnki. Do pierwszego wkładano fragmenty kozy, które ugotowane miały stworzyć bulion. W drugim wrzał napar z akacjowych gałęzi. Jak zostało mi wytłumaczone, ta woda połączona z bulionem, spożywana na końcu posiłku ma właściwości oczyszczające organizm. Podobno wspomaga trawienie i sprawia, że się nie tyje. Za przykład można wziąć samych Masajów- smukłych i wysokich.

kolacja ognisko u Masajów - szpilki w plecaku - ewa chojnowskawieczorne ognisko - wioska Masajów - Szpilki w plecaku - Ewa Chojnowska

Pogadanka przy ognisku

Słońce już zaszło i robił się przyjemny półmrok, który oświetlany był jedynie ciepłym blaskiem ognia. Masajowie przekręcali pieczenie i mieszali kijem swoje specjały. W swoich czerwonych shuka (pledach/kocykach) wyglądali jak przedłużenie płomieni paleniska.

Jedzenie zaczynało pachnieć i rozbudzać kubki smakowe – pachniało świeżym kozim bulionem, bez dodatku warzyw a najświeższym mięsem . Pojawiało się także zaciekawienie smaku, który zaraz miał nastąpić. Nie często przecież jada się potrawy bez jakichkolwiek przypraw, ani soli ani pieprzu.

Do ogniska przysiadało się coraz więcej osób. Dotarli nawet znajomi Masajowi, do których dotarła wieść o moim powrocie do Masai Mara. Z niedowierzaniem przyjmowali do wiadomości, że tym razem nie wygodny namiot a lepianka będzie moim domem dzisiejszej nocy. Nie spotkali się jeszcze do tej pory z kimkolwiek, kto świadomie rezygnuje z wygód, a przyjemność zamienia w udrękę.

Ognisko trwało w najlepsze a sierpowaty księżyc zdobił niebo. Tego wieczora gwiazdy wyjątkowo błyszczały nieskrywane przez szalejące chmury.

Z plecaka wyjęłam polski alkohol, aby poczęstować miejscowyć i dać możliwość spróbowania czegoś przywiezionego z Polski.. Ku mojemu zaskoczeniu żaden mieszkaniec wioski nie reflektował. Wiedziałam, że papierosy, a także alkohol jest dozwolony tylko dla starszyzny, ale patrząc na wcześniejsze doświadczenia z innych wiosek myślałam, że pewne cywilizacyjne słabości i tam zagościły.
Z pieniędzy przeznaczonych na zakup kozy pozostało jeszcze trochę szylingów. Masajowie w czerwonych wdziankach pożyczyli nasz wóz (tak! potrafią prowadzić samochód) i pojechali do miasta po skrzynkę coca-coli. Kiedy wrócili, biesiadowanie przy ognisku rozpoczęło się na całego.

Koza po masajsku

Pieczenie były już gotowe. Nasz wspólny posiłek rozpoczęła wątróbka. Zdjęto ją z kija i w rękach krojono w kostki, które wrzucano do miski, by dzielić między biesiadników. Później w podobny sposób dzielono udźcami, żebrami i gotowanym mięsem.
Smak był… wyborny! Pierwotny sceptycyzm zamienił się w zachwyt, a apetyt trudny do poskromienia. Trudno opisać słowami, jaki to smak, ale na pewno przebijała się świeżość i czystość smaku nieskażona chemikaliami i zbędnymi przyprawami, które stłumiłyby naturalność mięsa.kolacja u Masajów - Szpilki w plecaku - Ewa Chojnowska

W całym tym ucztowaniu zabrakło nam kobiet i dzieci. Kierowca powiedział, że kobiety w tej chwili zajmują się maluchami i krowami. Zapewnił jednak, że na pewno dostaną mięso i nie pójdą głodne spać. I właśnie na tym ostatnim stwierdzeniu najbardziej mi zależało. Nie chciałam, aby mężczyźni przy ognisku byli bardziej uprzywilejowani.

Płomień ognia palił się dalej. Masajowie zabrali się za przygotowane wcześniej buliony. Przez sitko przelali obie ciecze, tworząc jeden wywar. Następnie za pomocą kijka zakończonego czymś na kształt wiatraczka ubijali i mieszali zawartość. Po dłuższej chwili na powierzchni zaczęła pojawiać się gęsta piana. Cała procedura trwała co najmniej 40 minut i chyba o tę piankę najbardziej miejscowym chodziło.
masajska mikstur a- Szpilki w plecaku - Ewa Chojnowska

Gdy wywar był już gotowy rozlano go nam do aluminiowych kubeczków. Poprosiłam o śladową ilość bulionu – nie chciałam go oddawać ani marnować, gdyby okazało się, że smak jest… hmmm… trudny.

I ponownie zaskoczenie! Napój był słodki z późniejszą goryczką z doskonałym zapachem najlepszej kozy i aromatycznej akacji! Powolutku, małymi łyczkami raczyłam się specjałem.

Rozmowy trwały. Między słowami słychać było ogromną wdzięczność za ucztę. Dla nich jedzenie mięsa jest w OGÓLE odświętnym rytuałem, a za dzisiejszą kolację bardzo dziękują. Ja się cieszyłam, że mogłam sprawić im przyjemność i przeżyć coś naprawdę autentycznego, nie przygotowanego pod kłębiących się dookoła turystów. Może nabrali do mnie zaufania, gdyż nie była to moja pierwsza wizyta w ich wiosce i może chociaż troszkę potraktowali mnie jak swoją.

Kolacja przy ognisku skończyła się tańcami falujących w płomieniach czerwonych Masajów. Już bez podskoków, ale w spokojnych dźwiękach, w których można się doszukać odgłosów zwierząt sawanny: głuchego echa, porykiwań lwów i chichotu chien, a także wiatru i szumu traw. Do tego dzwonki umieszczone na szyi ich krów i cielaków nawołujących matki z manyat.wieczór w wiosce Masajów - Szpilki w plecaku - Ewa Chojnowska ognisko wioska Masajów - Szpilki w plecaku - Ewa Chojnowska

Czas spać… Lala salama… czyli dobranoc (w suahili)

Po kolacji wróciłam do manyaty. W środku spotkałam właścicielkę domu, która pilnowała tlącego się paleniska. Było duszno a dym kłuł w oczy i nos. Ale nikt bardzo nie narzekał. Wszystko to miało ubić insekty i inne stworzenia o nieprzyjaznych intencjach, chcące w nocy pozostawić ślad na ciele.

prysznic w wiosce Masajów - Szpilki w plecaku - Ewa Chojnowska
Prysznic za dnia – nocą zdjęcie jest nieosiągalne 🙂

W podróż zabrałam przenośny prysznic, który chciałam wykorzystać podczas wizyty w wiosce Masajów. Było już ciemno. Wyciągnęłam latarkę czołówkę i powędrowałam za chałupę, gdzie przygotowano prowizoryczną łazienkę. Jedna ze ścian to połączone ze sobą worki, druga to kolczaste ogrodzenie enkangu, trzecia to ściana domu z dachem, do którego przywiesiłam prysznic, a czwarta to ułożone w stos gałęzie z gęstym listowiem z możliwością przesuwania lub przekładania jak drzwi. Zamiast brodzika przytargano coś na kształt palety, by nie stać w błocie. W rogu stały beczki z wodą do uzupełniania zbiorniczka prysznica.

Przyznaję, ciut „nabombana” wraz z dwoma kobietami miałyśmy wielka radochę z kąpieli w tych warunkach. Zabrany w podróż prysznic spełnił swoją funkcję. Pamiętając, że woda w tych warunkach jest szczególnie cenna, nie marnowaliśmy jej, a ów prysznic nam w tym pomagał. Końcówka z ruchomym zaworkiem uwalniającym wodę pozwalał dokładnie spłukać mydło z całego ciała, nie wyczerpując nawet jednego worka. Byłam ciekawa, jak do tego wynalazku, podejdą miejscowi, co sprawdziłam następnego dnia.

Po kąpieli w chacie nie było nikogo. Rozłożyłam śpiwór na łóżku ze splecionych ze sobą wąsko i ciasno patyczków przykrytych krowią skórą o dość specyficznym, ale nie uciążliwym zapachu. Swoją świecącą czołówką odkrywałam uśpione insekty, ale w ogóle się tym nie przejmowałam. Łóżko, które właściwie było osobnym pokoikiem było zaskakująco wygodne, ale i… krótkie, czego nie spodziewałam się po rosłych Masajach (najwyraźniej trafiłam na łóżko dziecięce). Przyszło mi zatem spać całą noc w kucki z podciągniętymi pod samą brodę kolanami. Na dobranoc do chaty przyszedł James i Patric, powiedzieć „lala salama” i poinformować, że to oni dzisiejszej nocy czatują przy swoich zwierzętach w enkang i przy manyacie. Również w razie nieprzewidzianych problemów są do dyspozycji.

Poranne kobiece powinności

Rano obudziły mnie wpadające przez szparkę w ścianie promienie słoneczne i akompaniament dzwonków schodzących z wypasania krów z terenów parku Masai Mara. Dla mnie to sygnał, by wstawać. Planowałam pomóc w dojeniu krów (oczywiście najpierw chciałam się tego nauczyć).

wnętrze domku Masajów - Szpilki w plecaku - Ewa Chojnowska

cielaczki w dom Masajów - Szpilki w plecaku - Ewa Chojnowska

Z naszej chałupy zamuczał cielak, który spał razem z nami. Chwilę później z całego stada wybiegła krowia mama, stanęła przed drzwiami i zawołała swoje maleństwo. Gdy gospodynie uchyliła nieduże drzwi, w tempie ekspresowym wybiegł cielak i przyssał się do małego cyca.

Gospodyni już miała przygotowane podłużne naczynia z wysuszonych owoców popularnie nazywanego tutaj drzewa kiełbasianego (w wersji surowej przysmaku żyraf, ale trującej dla człowieka, chyba że poddany obróbce tworzy tubylcze piwo). Wyczyściła wnętrze wyciorkiem z akacji, kijka ze zmiażdżoną końcówką, która swym kształtem przypominała szczoteczkę. Z tak przygotowanym pojemnikiem stanęła obok krowy.

Masajka zaczęła dojenie. Wymiona były bardzo malutkie a właściwie niewypełnione mlekiem. Przepychała się z cielaczkiem o dostęp do cyca. Zaskoczyło mnie, że wioska tą śladową ilością mleka musiała zaspokoić potrzeby i swoje i młodych zwierzaków.

Podeszłam do krowy ostrożnie (tak jak zawsze babcia na wsi mi powtarzała, kiedy zabierała się do dojenia). Obawiałam się, że może mnie kopnąć, ale mućka nic sobie nie robiła z mojej obecności. Jako nowicjuszcze pomagała mi doświadczona Masajka: zbierała do wymienia mleko, które ja następnie ściągałam wprost do pojemnika. Mleko czasem chlapało na dłoń, kiedy cielak uderzał nosem o podbrzusze matki zabierając wymię. Przyznam szczerze, że specjalnie nie walczyłam o dominację nad mlekiem, bo szkoda mi było malucha, a to co zostało na dłoni, sama spijałam cichaczem.

dojenie krowy - wioska Masajów - Szpilki w plecaku - Ewa Chojnowska

Pożegnanie

Niedługo później obudziła się reszta moich towarzyszy. Co chwilę wchodzili i witali się w chacie Masajowie przewodnicy z zapytaniem jak się spało. Z resztą i ja sama zapytałam swoich gości, jak minęła noc. Miło mi było słyszeć entuzjazm z właściwie narzuconego im przeze mnie noclegu w zapewne tak egzotycznym i niecodziennym miejscu.

Po spakowaniu rzeczy do samochodu i ekspresowym porannym prysznicu usiedliśmy na ławeczce przed manyatą. Dostaliśmy gorącą wodę do zaparzenia kawy, którą przywieźliśmy i zjedliśmy ciasteczka na śniadanie. Poczęstowaliśmy także miejscowych tym co mieliśmy.

śniadanie w wiosce Masajów - szpilki w plecaku - Ewa Chojnowska

Całej naszej czteroosobowej grupie trudno było przestać rozmawiać o wrażeniach minionego dnia i wieczora. Dzieliliśmy się spostrzeżeniami i detalami, które na długo pozostaną w naszej pamięci.

Ja wiem jedno na pewno: jeszcze tutaj wrócę, nie wiem kiedy, ale wrócę…

PS. Swój pobyt w wiosce zrelacjonowałam. Zachęcam do obejrzenia filmu 🙂


Jeśli Ci się podoba tekst, zostaw komentarz, lajka albo udostępnij! Będzie mi bardzo miło z tego powodu

Zapisz się do mojego newslettera! Skoro tutaj jesteś, to coś musiało Ciebie zainteresować, bądźmy w kontakcie! Możesz to zrobić używając poniższego formularza. Będę Ciebie informować o nowych postach, konkursach oraz spotkaniach!

Facebook Comments
ovh